Strona główna Po co mi blog ?
Witaj Drogi Czytelniku!

Założyłem tego bloga, by podzielić się z Tobą podróżą, w trakcie której jestem. Jest to podróż w głąb siebie, podróż, której celem jest odkrycie swojego Ja. Jak długo będę prowadził tego bloga ? Nie wiem. Czy ktoś to w ogóle będzie czytał? tego też nie wiem. Ale wiem to, że jeżeli ktoś będzie miał przeczytać to przeczyta i może właśnie dlatego to piszę. Możliwe, że moje przemyślenia, wnioski z lekcji jakie daje mi nowy dzień pomogą Ci lub komuś innemu, może nakierują, naprowadzą na coś, zainspirują do czegoś, a może Twój, lub czyjś komentarz pomoże mnie. To się okaże. Ta niewiadoma była na tyle kusząca, że postanowiłem prowadzić internetowy pamiętnik.
Drugim powodem jest chęć spowiedzi, czy czegoś w tym rodzaju. Chcę być mianowicie szczery na tyle na ile mogę. To również duży krok ku swemu wnętrzu. Myślę, że aby je poznać trzeba je całe obejrzeć. Zalety i wady, motywacje, pragnienia i tak dalej. Wywlec wszystko na wierzch i niczego nie kryć , dopiero kiedy spojrzę prawdzie w oczy będę mógł ruszyć dalej. Czy mogę obiecać szczerość do bólu ? Nie... w zasadzie to nic nie mogę obiecać. Nie wiem co będzie. Może już jutro skasuję bloga bo pomysł wyda mi się absurdalny. Ale wątpię w to. Dobrze to przemyślałem i myślę, że może to rozpocząć nowy rozdział. Szczerość wobec siebie, napisana dla Ciebie Czytelniku, to chyba klucz by nie ulec samo oszukaniu. Okaże się... Tak jak podczas rozmowy, dyskusji z kimś wpadają mi do głowy nowe teorie i pomysły tak może blog pomoże mi w odkryciu siebie.
Tak więc zapraszam Cię do śledzenia mojej podróży. Nie zaproszę Cię byś szedł ze mną, bo wyprawę do swego Ja zawsze odbywamy samotnie. Mogę Cię jedynie zaprosić byś spojrzał czasem na to gdzie jestem. Może znajdziesz tu jakieś wskazówki do swojej wyprawy, a może wspomnisz z sentymentem miejsce gdzie byłeś, a gdzie teraz ja jestem...
A więc ruszam w dalszą drogę ...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-02 22:33:15
skomentuj (1)
Oczekiwania...
Oczekiwanie czegoś od ludzi czyni mnie nieszczęśliwym. Oczekuję od nich jakiegoś działania , określonej reakcji na moje działanie, sympatii , wdzięczności itd. W sumie to kolejny schemat zdarzeń : Ignoruję świat, akceptuję go takim jaki jest i nie chcę niczego więcej, ale wtedy pojawia się coś co wymaga ode mnie reakcji, a to mnie już wiąże. Skoro jestem przywiązany to oczekuję. Oczekuję czegoś co uczyni mnie szczęśliwym. A jeśli tego nie dostaję to ... wiadomo. I schemat się powtarza jako że ktoś mnie zawiódł to ja się wycofuję i znów akceptuję to, że mnie zawiódł to, że jest jak jest, ale wtedy znów coś się zdarza i wszystko się zaczyna od nowa. Możliwe, że ten schemat właśnie w tej chwili zniknie z mojego życia bo pisząc to uświadomiłem go sobie, a to dowód że blog spełnia swoje zadanie wobec mnie, mam nadzieję, że spełni je również wobec Ciebie Czytelniku. Myślę, że ten schemat może zniknąć teraz, bo jakoś tak to jest, że jeżeli się nauczymy jakiejś lekcji to już jej nie przechodzimy więcej.
Ostatnio tak właśnie miałem. Schemat romansu. A raczej wstępu do romansu. Było to męczące jak diabli i wprowadzało zamieszanie w umyśle, bo w sumie to nie wiedziałem co i jak i czy. Kiedy miałem już dość i śmiałem się z tego wszystkiego, usiadłem sobie nad kartką papieru i mimo, że zdecydowanie nie mam umysłu matematycznego to narysowałem schemat zdarzeń. I wtedy zniknął. Sprawy się potoczyły swoim torem, ale schemat właściwie zniknął. Może dlatego, że wiedziałem już jak działać bo wiedziałem co będzie dalej, nie wiem. Tak czy siak zniknął otwierając drogę ku dalszym zdarzeniom , które na szczęście nie były już zamkniętym kołem.
Muszę ten schemat przyrównać do obecnej sytuacji. Bo w sumie tam też chodziło o oczekiwania. Hmm
Sytuacja robi się coraz ciekawsza z tym blogiem , zbyt wiele się odsłania już za pierwszą notką , aż strach myśleć co będzie dalej ;-) .
I co tu zrobić z tymi oczekiwaniami ? Sęk w tym, że mógłbym ignorować czyjeś zachowanie i akceptować je obojętnie takim jakie jest nawet po czyimś działaniu, ale odzywa się wtedy we mnie coś co nie pozwala mi na to, by nie urazić i nie zranić tamtej osoby swoją ignorancją i obojętnością. Za nic nie chcę ranić ludzi, ale problem w tym, że nie chcąc ich ranić nawiązuję relacje, a robiąc to oczekuję, a wtedy się zawodzę i nie chcąc ranić innych ranię siebie. Nie wiem , pracuję nad tym , to chyba musi się wypalić. Teraz jestem na etapie obojętnego , pełnego akceptacji bytowania, ale co będzie zaraz ???
Muszę się postarać znaleźć złoty środek ... i znajdę, prędzej czy później, ale go znajdę w sumie każdy dzień jest po to by go szukać :-)

podroz-w-glab-siebie 2003-09-02 23:55:53
skomentuj (2)
Zamieszanie w królestwie serca
Dziś w nocy zdarzyło się coś naprawdę dziwnego... Tak się zdarzyło, że spałem w miejscu gdzie spędzałem sporo nocy kiedy rozstałem się z dziewczyną. Teraz minęło sporo czasu od rozstania i już w zasadzie nic do niej nie czuję (nie czułem ?!!). Ale , ale położyłem się wczoraj lulu, i leżąc tak sobie poczułem wielkie pragnienie by kogoś przytulić, i to nie jakąś tam kobietę, ale konkretnie tamtą dziewczynę. To dziwne, bo już nie chcę ( nie chciałem ?!!) powrotu tego związku. Przeanalizowałem wszystko setki razy i doszedłem do wniosku, że się dobrze stało, że jak to się mówi „ nie pasowaliśmy do siebie”. No ale budzę się rano i czuję za nią tak wielką tęsknotę jak wtedy gdy było tuż po naszym rozejściu się... dziwne to , teraz gdy to piszę też coś czuję. A ja nie chcę już związku , ani tego ani żadnego innego... najpierw muszę odnaleźć siebie, potem mogę szukać kogoś . Uważam, że odwrotna kolejność jest bez sensu i nie prowadzi do niczego, a raczej do rozwodów, kłótni, złamanych serc itd.
Jedząc śniadanko ukułem teorię : Możliwe, że łóżko w którym dziś spałem jest naładowane cały czas energią mojej rozpaczy i tęsknoty sprzed pół roku. Skoro w nim spałem zaraz po rozstaniu, więc wszelkie żale, łzy i cała ta nagromadzona energia poszły w to łóżko... i teraz jest to taka bateryjka tęsknoty. ( W sumie to dobry materiał na opowiadanie ;-) )
Normalnie poradziłem już sobie z tą miłością i wygnałem ją w najdalsze zakątki mojego serca, aby już nie wróciła. No i nie wracała. Ale myślę, że kiedy się wyciągnąłem w tym łóżku to zacząłem być pod wpływem tamtej energii , co wywołało rezonans uczuciowy wewnątrz mnie i zawołało to wygnane uczucie.
I cóż teraz czynić? Pozwolić niech się panoszy w sercu i obserwować co będzie dalej , czy wynająć łowców ( czyt. umysł ) aby ją schwytali, zakuli i wrzucili do najciemniejszego lochu , zamurowali wejście i zapomnieli skazując na śmierć głodową... Tylko, że miłość się może żywić sama sobą więc i tam przetrwa...
Czuję się jakbym zarządzał królestwem i miał problem z własnym potomkiem, uciążliwym potomkiem. Chyba dam jej jakiś dworek i kawałek ziemi gdzieś niedaleko, ale na tyle daleko, aby nie przeszkadzała, i niech tam sobie żyje. Czyli usunę ją z serca , ale nie wygnam... tak będę mógł i obserwować i nie mieć zamieszania.
Wiem, że wszystko dzieje się jak się ma dziać i że cała ta sytuacja ma jakiś sens... w zasadzie nie chcę już tego dzisiaj zgłębiać, zobaczę co będzie dalej. Jak będę za dużo o tym myślał to się znów zakuję w kajdany swoich wyobrażeń, marzeń i oczekiwań... a o oczekiwaniach pisałem wczoraj :-)
Tak więc król wzywa do siebie pośredników i nakazuje by przyprowadzić do siebie to coś co wróciło. Po długiej rozmowie potomek nie miał wyjścia jak ustąpić w końcu, poddać się królewskiej woli i pokornie odjechać do wyznaczonego mu miejsca... Odjechał ... ale czy dotrzyma słowa ? cdn ;-)
podroz-w-glab-siebie 2003-09-03 10:55:23
skomentuj (1)
Właściwy wybór
Teraz jestem coraz bardziej pewny, że obrałem dobry kurs i zmierzam ku właściwemu celowi. Mówię o zamierzeniu poznania swego prawdziwego duchowego Ja.
Cały dzionek mnie nosiło, tkwiłem w bagnie oczekiwań, w teatrze własnych historii wymyślonych by wyjaśnić brak zachowania innych osób. No i tak sobie żyłem dziś żebrząc o wiadomość od kogoś... „ Masz być wojownikiem , nie żebrakiem” jak powiedział Don Juan Carlosowi Castanedzie. Rzeczywiście , muszę być wojownikiem. Żebrak zaraz zginie w wyprawie do wnętrza siebie , a ja chcę dotrzeć do celu.
A więc co ... mogłem iść za głosem umysłu i powiedzieć „ Dobra mam to w d****, olać to wszystko i zająć się swoim wnętrzem” ale to głos ego. Więc kiedy było już naprawdę źle, usiadłem sobie w ciszy i sącząc po ciemku zieloną herbatę z cytryną i miodem skupiłem się na swoim sercu. Po kwadransie byłem jak nowo narodzony. Jak stare łuski odpadły ode mnie domysły czemu tak , a nie inaczej, pojawiła się pełna akceptacji , wywabiona z oczekiwań , bezinteresowna miłość i zrozumienie. A więc , nie olać, a zdystansować się , nie mieć tego w d**** a zaakceptować, zrozumieć i wykazać się niczego nie oczekującą cierpliwością, zająć wnętrzem – owszem , ale w zgodzie ze światem. W sumie świat jaki widzimy jest odbiciem naszego wnętrza czyli jego częścią , jeśli zacznę go olewać i mieć w różnych częściach ciała to tak samo postąpię ze swym wnętrzem. Wszystko jest jednością więc aby pokochać siebie i znaleźć siebie trzeba z takim samym szacunkiem i zrozumieniem patrzeć na świat i inne istoty.
Może to część podróży . Spotkałem na swej drodze pierwszą przeszkodę i pokonałem ją i idę dalej pewny swego wyboru. : Po paru dniach wojownik zdał sobie sprawę że w istocie to czeka daremnie na wyjście ducha z pierścienia. Duch coś niemo obiecał, dawał znaki , a teraz milczy. Już miał wyładować swą frustrację i niecierpliwość wrzucając pierścień w głęboką szczelinę w skałach przy których czekał już kilka dni na ducha, lecz przypomniał sobie starą prawdę swego mistrza : „dostajemy od innych dokładnie to co dajemy innym „ i wojownik zrozumiał, że musiał postąpić z kimś kiedyś tak jak teraz duch postępuje z nim. Uśmiechnął się w myślach do mistrza z czułością pogładził pierścień. Nie gniewał się już na ducha. Założył plecak i ruszył pozytywnie nastawiony w dalszą drogę, ku krainom wnętrza swego serca ... ;-) – trochę mnie poniosło, ale dobrze się przy tym bawię ... nauka + zabawa = prawdziwa nauka , a oto przecież mi chodzi ...
A więc ku wnętrzu !
podroz-w-glab-siebie 2003-09-03 23:28:20
skomentuj (0)
Nasza wewnętrzna telewizja
Tak sobie siedzę i myślę nad dzisiejszym snem... Cóż to są sny w ogóle? Przyszło mi do głowy, że to wewnętrzny odpowiednik telewizora. Są w nim różne programy i bardzo rzadko zdarzają się powtórki tych samych snów. A jeśli się zdarzają często to znaczy, że stacja telewizyjna (nasze wyższe Ja ?) uznała ten program ( wiadomość ?) za niezwykle ważną i cenną.
Tak więc zazwyczaj oglądamy w naszej wewnętrznej telewizji różne programy co noc. I myślę, że można by je poklasyfikować właśnie jak programy telewizyjne.
Filmy – sny fikcyjne, czysta fantazja umysłu, ale mogąca nam jednak dużo powiedzieć o nas samych – dokładnie tak samo jak filmy które oglądamy. Na przykład lubimy filmy grozy, przesycone strachem , ponurością, wiecznym nieokreślonym zagrożeniem – to znaczy że sporo z tego jest w nas. Dalej filmy romantyczne, akcji, historyczne, musicale, erotyczne, komedie, fantastyczne, dramaty, familijne itd. Im częściej oglądamy konkretny rodzaj filmów tym więcej z nich mamy w sobie, karmimy się tym co jest w nas i jest nam potrzebne tego coraz więcej. Jak elementy układanki : mamy w sobie miejsce na konkretny rodzaj filmu i inne nam nie podchodzą.
Analogicznie sny fikcyjne : co nam się śni najczęściej? Jaki jest nastrój tych snów? Jaka pogoda? Jakie miejsca? Kogo spotykamy? Czy jest nam tam dobrze czy nie ? Pod który z rodzajów filmów podchodzi większość naszych snów? To też podróż w siebie. Dlatego dobrze jest zapisywać sny i je analizować – chyba do tego wrócę, szkoda że przerwałem.
Wiadomości – Sny informujące nas o czymś. Tylko, że tu chyba jesteśmy lepsi od telewizji : często mamy informacje o tym co dopiero się stanie. To chyba może nam powiedzieć sporo o naszym świecie, są to informacje z naszego świata, świata każdego z nas. Jakie wiadomości dostaję z mojego świata... Kiedyś zapisywałem sny i dzięki temu mogłem zobaczyć co się stanie na rok nim się stało . Czy mogłem temu jakoś zapobiec ? Raczej nie , z resztą nie wiem. Sęk w tym, że roczne wyprzedzenie konkretnego zdarzenia, poważnego zdarzenia jest, a raczej może być pomocne, jeśli ktoś chce coś zmienić. Może te wiadomości o przyszłości nie pokazują nam co będzie i koniec kropka , tyko pokazują co będzie jeśli będziemy nadal robić jak robimy... dają nam czas by coś zmienić. Nie wiem tak sobie gdybam.
Programy dokumentalne , edukacyjne – to mogą być sny pozwalające nam zrozumieć świat, uczące nas czegoś , jak wygląda taki sen ? Po pierwsze przyczyna – skutek , możemy coś robić w śnie i mieć pokazany skutek tego działania – uczymy się czegoś. Po drugie ( chyba to lepsze ) to mogą to być przekazy z wszechświata, od Boga , od wyższych istot , naszych duchowych opiekunów itd. mówiące nam o życiu. To te rzadkie sny, dzięki którym zdobywamy pewną mądrość i wiedzę ...
Sny świadome – cóż tu to już sami stajemy się producentami filmowymi. Mamy własną przeogromną stację telewizyjną. Na początku , nie wiemy co i jak . Więc bierzemy kamerę i bawimy się nią.( Latamy sobie w świadomym śnie , zmieniamy rzeczywistość, kręcimy nasze króciutkie filmy dla zabawy) I to też potężna informacja o nas samych : Co robimy w świadomych snach – zwykle to czego nam brakuje w świecie rzeczywistym , jakie filmy kręcimy , To wiele nam może powiedzieć o naszych potrzebach i pragnieniach. Potem zaczynają nas interesować inne rodzaje programów- sięgamy do wiadomości jakie zdobyli nasi dziennikarze, szukamy filmów dokumentalnych jakie nakręcili nasi pracownicy. Mamy większą swobodę , dużo większą. Nie musimy brać tego co nam dają, ale możemy brać i wybierać to co chcemy- do tego oczywiście trzeba czasu i masy ćwiczeń , ale chyba się opłaca. Nie wiem jak na razie nie mam dość samozaparcia i skończyłem na kręceniu drobnych filmików- czyli bawiłem się kamerą.
Tak naprawdę to jestem najbardziej pewny snów typu „film” reszta to takie gdybanie i domysły. Możliwe, że sny to wyższa generacja i nie można ich klasyfikować bo wszystkie mają części różnych typów. Może każdy sen składa się ze stałych segmentów , którymi są odpowiednie rodzaje programów, czyli jeśli by rozgryźć schemat to z jednego snu można by wyciągnąć i fikcję i informacje i wszystko inne- czytać z odpowiedniego miejsca snu i wnioskować, analizować, badać. Może kolejność odpowiada naszej hierarchii wartości. Co jest dla nasz najważniejsze ? Poznanie – dokument , zabawa – film, ciekawość – wiadomości . I w zależności co jest dla nas najważniejsze to zajmuje pierwszą część snu, a reszta po kolei według ważności. To w sumie ma trochę sensu, przecież w trakcie jednego snu kilka razy zmienia się otoczenie, akcja, nastrój... więc może ... :-) Zaraz zacznę tworzyć podwaliny jakiejś nowej nauki o interpretacji snów, chyba że już taka istnieje a ja ją odebrałem właśnie w moim sennym programie dokumentalnym.
Tak czy siak, ciekawe to to co noc widzimy. Czy to co dziś widziałem jest wiadomością , czy filmem? . Jeśli wiadomością , to będzie ciekawie, rzekłbym, że przy odpowiednim podejściu zabawnie, jeśli jest filmem to znaczy, że moje wnętrze jest przeżerane przez obawy i lęki, że tkwię w pesymistycznym kreowaniu swej rzeczywistości i muszę jeszcze bardzo dużo pracować nad opanowaniem sztuki pozytywnego myślenia.
A teraz zabieram się do twórczego budowania dzisiejszego dnia ... w sumie już połowa minęła , ale lepiej późno niż wcale ...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-04 12:28:26
skomentuj (0)
Przebudowa swego ja...
Jest trudniej niż myślałem! Czego ja oczekuję ? No czego ? Czego szukam ? Znów czekam ... paranoja ... jestem uwiązany , przycumowany tak silnie do świata, że nie mogę odpłynąć na wewnętrzne morze.

Wyładowanie emocji i myśli w blogu ... cóż chyba po to on jest. Mam nadzieję że zaraz wpadnie do głowy jakieś rozwiązanie... To normalne, że są trudności , ale to nie zmienia faktu, że mimo tej świadomości nadal je przeżywam jako trudności... Czegoś pragnę i oczekuję... stara bajka ale „ Ne ti ne ti !” to nie to na co czekam, bo kiedy pomyślę, że mogę to dostać to czuję zawód i rozgoryczenie. Więc co ? To chyba odwieczna tęsknota duszy za Bogiem, a świadomość przerabia to na tęsknotę za tym gdzie najczęściej tego szukamy – za człowiekiem.
Kochana huśtaweczka emocjonalna ... raz chcę być sam i odsunąć cały świat od siebie, za chwilę pragnę mieć przy sobie Kogoś, dla kogo można by żyć , dla kogo warto poświęcić każdą chwilę, i poprzez życie dla tej osoby żyć dla Boga ... Ale czy rzeczywiście pragnę kogoś? Może to cały czas ta sama tęsknota za jednym , za Bogiem , za tą błogością jaką się czuje blisko Niego.
Czy dlatego ludzie wstępują do klasztorów, bo na świecko ta podróż jest aż tak trudna...?
Przyszło mi coś do głowy : Akceptacja i zainteresowanie ... Może tego właśnie oczekuję. Czy to mogę dostać od Boga ? ... On mi to cały czas daje ... tylko że ja jestem taki ślepy. A jak pozbyć się potrzeby zainteresowania ze strony ludzi ? Bo to problem...

Nie móc wyładować swoich emocji ... Poskromić to co siedzi w środku ... Odnaleźć spokój ... Jak odnaleźć spokój ?
- W sobie.
Jak go tam szukać ?
- Skup się na Mnie.
Jak sobie poradzić z tym chaosem?
- Sam przejdzie. Rób co do ciebie należy. To element gry , podczas sprzątania jest chaos, podczas przeprowadzki jest większy chaos, a podczas przebudowy jest bałagan nie z tej ziemi, a ty właśnie się przebudowujesz. Zaakceptuj to jakim jest i uśmiechnij się wreszcie. Niech uśmiech zawsze gości na twej twarzy, niech Cię zdobi. Nie zapominaj o tym. Ja zawsze przy tobie jestem. Dziękuję Ci Baba ... chyba się przełamałem co? Wkleję to do bloga , niechaj będę sobą do końca , jak obiecałem.

Idę na spacer, tak piękny wieczór , jakby stworzony dla mnie, pójdę nad rzekę, mam takie samotne drzewo na wzniesieniu. Posiedzę tam i posłucham odchodzącego dnia. Niech Matka Natura zaśpiewa mi kołysankę ... oddaję się w jej ramiona .

Chyba działa... zaczynam dostrzegać tam w środku iskierkę radości... idę nad tą rzekę . Niech mnie noc otuli.

podroz-w-glab-siebie 2003-09-04 20:22:10
skomentuj (2)
Zamieszanie w Królestwie Serca - cd.
Spacer się udał, dał mi wiele spokoju, medytowałem nad rzeką wśród traw słuchając usypiającego miasta. Z pewnej odległości słychać jego pomruk. Każdy dźwięk w jego wnętrzu ( każda opona, każdego samochodu , głosy ludzi, stukanie podeszew o chodniki, miliardy żarówek buczących cicho, trzaskania drzwi, oddechy, itd.) wszystko to składa się w jedną całość, i każdy nawet najbardziej cichy dźwięk współtworzy ten jeden pomruk – każdy dźwięk jest ważny. Tak jak każda osoba jest ważna. Każdy coś tworzy na coś wpływa, bez niego świat nie byłby już taki sam, byłby uboższy o wyjątkowość tego człowieka którego ubywa. Sztuką jest chyba docenić w każdym tę jego wyjątkowość, a raczej dostrzec. Mijamy codziennie setki ludzi. Czasem ktoś przykuje naszą uwagę urodą , strojem, odmiennym zachowaniem itd. A przecież każdy z tych ludzi jest wyjątkowy , każdy ma swój świat i każdy jest ... dobry , trzeba po prostu odkryć w kimś to dobro, dać mu szansę je wykazać. To chyba Sokrates powiedział, że ten czyni dobro, kto je poznał. Zdaje mi się, że człowiek powinien dać z siebie jak najwięcej dobra dla innych, otulić bliźniego braterską miłością i być gotowym mu służyć. Kiedy oni doświadczą dobra będą w stanie je czynić. Słodka iluzja...? Nie . Przekonałem się, że tak jest. Najbardziej zatwardziały człowiek pod wpływem naszej serdeczności, dobroci i otwartości mięknie jak masełko na słońcu.. Czasem trzeba dużo czasu, ale nasza miłość nie ginie. Powinniśmy ją dawać jak najwięcej, nie przejmować się gdzie trafi , do kogo. Nie kalkulować , czy ktoś wart jest mojej miłości czy nie tyko dawać ją wszystkim. I naturalnie mówię tu o miłości bezinteresowności, o miłości do bliźniego, nie o miłości partnerskiej – to tak dla jasności, by nie było niedomówień.

A mnie jako króla swego Królestwa Serca martwi to, że potomek czmychnął z karety, która go miała odstawić w bezpieczne dla mnie miejsce i wrócił do zamku ... wprowadza chaos... a to tym niebezpieczniejsze, że ten cichutki chaos jest jak pieszczota, jest przyjemny, jest bardzo przyjemny.

Co to łóżko ze mną zrobiło? Śmieszne to to. Odczuwam coś do niej... i to nie jest tęsknota pełna żalu i wyrzutów, ale taka tęsknota pełna nadziei. Jezu pomóż mi... ja uciekam przed tym uczuciem. Jakiś grecki filozof , nie pamiętam który powiedział, że tylko głupiec ucieka przed miłością... Czemu uciekam? Bo się boję. Boję się, że jeśli dopuszczę do siebie to uczucie to wróci pełną parą, a po co mi ono ? Mogę sądzić, że i ona ( a może znów powinienem pisać o niej z dużej litery , jak to niegdyś było... ) zaczyna tęsknić. Tak to czuliśmy siebie na odległość bezbłędnie ... ale tak do czasu. Bo jak przyszło co do czego to nadal ufałem, że moja tęsknota jest również jej i robiłem z siebie durnia. A najgorzej że ją raniłem chcąc powrotu, kiedy ona mówiła „ nie” . Tak to jest jak się nie słucha...

No i teraz czy mam wierzyć tej delikatnej tęsknotce , która tak czule pieści teraz moje serce? Czy mam wierzyć, że i ona coś takiego czuje? Czy też złapać tę tęsknotkę, tego potomka i jednak zamurować w lochu... ale nie bo wtedy będzie mnie dręczyło, że gdzieś tam w środku siedzi we mnie. Egzekucja ? Zaczynam rozumieć czemu władcy wydawali wyroki śmierci. Zabić tę miłość? Jak się zabija miłość? Może ktoś wie? Hmm, jak zabić miłość...?

A tak na poważnie to chyba jestem głupcem bo uciekam przed tą miłością. Co mi po niej. Jeśli i ona coś czuje to należy sobie usiąść przy wielkim dzbanku herbaty i dłuuuuugo porozmawiać, przeanalizować wszystko wspólnie, jasno określić czego się oczekuje od związku, żeby wiedzieć już na początku, szkoda że tego kiedyś nie zrobiliśmy...

Hmm , czas pokaże co jest z nią. Ja na razie będę głupcem i odrzucę to uczucie( znowu je wywiozę , tym razem pod większą eskortą) Jeśli je zostawię i zacznę pielęgnować wspomnieniami i marzeniami , a ona popatrzy na mnie zdziwiona i spyta : Jeszcze ci nie przeszło ? to będzie to jak kula w łeb. Tyle że od takich kul umiera się tylko w kiepskich filmach o miłości , normalnie z taką kulą trzeba żyć i nosić ją w głowie. Ostatnim razem taką kulę wyciągałem 4 miesiące , potem dostałem całą serię w to samo miejsce, ale chyba już byłem wprawiony bo tym razem zajęło mi to ciut ponad miesiąc i postanowiłem zaakceptować i uszanować słowo „ nie” . No i żyłem sobie spokojnie, aż się nie przespałem w tym łóżku ... Ale nie ma co gadać. Czas pokaże jak będzie. Jeśli Bóg zdecyduje, że powinniśmy znów spróbować ( a byłby to zaskakujący obrót spraw) to wtedy będę myślał co z tym robić...

Teraz jest jak jest. Jestem sam i w zasadzie dobrze mi z tym, mam górki i dołki , ale ogólnie jest dobrze. Co prawda dziś przeczytałem cytat z książki Antoinea de Saint-Exupery "Twierdza" na jednym z blogów ( autorka będzie wiedziała, że mówię o niej , ale może nie chcieć bym ją wskazywał więc tego nie zrobię) mówiący o tym, że odzyskana wolność po utracie związku jest wolnością nieistnienia... Muszę przyznać się, że cieszę się wolnością. Odczuwam często jak bezsensu jest żyć dla samego siebie, nie móc zrobić czegoś dla kogoś, ale wolnością się cieszę. Może cieszę się głupio zakrywając tym swój żal... nie wiem. Antoine de Saint-Exupery – cenię go za jego trafne myśli , za złote myśli, ale to też człowiek i akurat w tej mógł się mylić... więc nie przywiązuję do tego większej wagi.

Jak na razie odrzucam te pieszczotliwe motylki tęsknoty fruwające mi w sercu i idę czysto przed siebie. Nie rozwijam żadnych fantazji i marzeń jakie się z nią pojawiają, jak się tylko na tym złapię to to kasuję. Tak jest bezpieczniej, tracę niewiele bo to i tak iluzja, a mogę znów się zranić przez głupotę pokuszenia się na życie marzeniami... Nie chcę już kuli w łeb. Czasem mam skłonności by rozkoszować się cierpieniem ale to mnie przerasta

Potrajam liczbę strażników przy eskorcie więźnia !

podroz-w-glab-siebie 2003-09-05 00:23:02
skomentuj (1)
Powrót do lat dzieciństwa.
Zaskakujące jest w snach to, że wszystko jest tak pomieszane i absurdalne, a my się nie orientujemy, że śnimy. Czy i takie rzeczy przyjęlibyśmy gdyby się zdarzyły w środku dnia? Bardzo możliwe. Chyba rzadko analizuję swoje otoczenie skoro dopuszczam coś takiego w snach... A mówię o tym, że zauważyłem, że elementy w śnie pojawiają się w takim stanie w jakim były, kiedy były dla nas ważne w życiu rzeczywistym... Mam nadzieję, że dobrze to ująłem. Dla przykładu : Dom, w którym mieszkałem kiedyś śni mi się taki jakim był kiedyś, choć teraz wygląda zupełnie inaczej. Dom śni się taki, jaki był w przeszłości, a robię w nim rzeczy, które robię teraz... I tu by się sprawdzała moja teoria : Wygląd tego domu był dla mnie ważny do czasu gdy tam mieszkałem, teraz istnieje w takim stanie w jakim go zostawiłem, natomiast rzeczy, które robię teraz są dla mnie ważne i śnią mi się takie jakie są. Nie robię rzeczy jakimi się zajmowałem kiedyś. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać bo wspomnienia snów wracają, a sprawę z tego co napisałem powyżej zdałem sobie dziś po przebudzeniu. ( Może obejrzałem jakiś ciekawy senny program dokumentalny na ten temat dziś w nocy ;-) )

Druga sprawa to to, że rzadko śnią mi się miejsca, w których żyję teraz ... Możliwe, że im człowiek starszy, tym mniej zwraca uwagę na otoczenie w jakim żyje... Widzi tylko „ kuchnia” , „ płot” , „szafka” , „kubek”, itd. i pozostają to puste określenia rzeczy jakie widzimy na pierwszy rzut oka. Natomiast jako dziecko potrafiłem godzinami badać mieszkanie z jego tajemnicami kryjącymi się wszędzie... Kubek , jego struktura, powierzchnia, kształt, wnętrze, moje zniekształcone odbicie w jego wnętrzu, mój przytłumiony głos gdy mówiłem w niego, woda całkowicie poddana jego kształtowi gdy doń jest wlewana... itd. A teraz co ? „ Kubek” i koniec kropka. Człowiek dba o swoje otoczenie by mu się ładnie, żyło, a raczej by inni widzieli jak mu się ładnie żyje... a nawet na chwilę nie popatrzy świadomie na to wszystko... A to wszystko jest cudem.
Możliwe, że poprzez dzisiejszą refleksję po przebudzeniu miałem dojść do tego gdzie teraz jestem czyli do domysłu, że może moje wnętrze chce powrotu lat dzieciństwa. Tamten dom jest symbolem dzieciństwa, tam się wychowałem, tam poznawałem świat. Może moja dusza tęskni za beztroską, za fascynacją światem, za docenieniem tego co mnie otacza , tego co mam. Może mam znów z dziecinną fascynacją oglądać świat.

Uciekamy w świat iluzji... do telewizji, gier, książek, gazet... a nie dostrzegamy życia na około. Kwiaty w doniczkach, ich istotę przecież można zgłębiać cały dzień, a i tak rozbudzimy tylko ciekawość i musimy postarać się by nie sięgnąć od razu do encyklopedii by zobaczyć budowę tego kwiatu i co nieco poczytać, tylko zaufać sobie, swemu sercu i patrzeć na kwiat, porozmawiać z nim, powąchać , dotknąć, posłuchać co ma nam do powiedzenia... Uciekamy do innych światów, a nie widzimy swojej żony, swojego dziecka- istot darowanych nam przez Boga. Istot tak fascynujących, że aż dziw, że przegapiamy je na co dzień goniąc nie wiadomo za czym. Istot, które nas kochają i które można kochać. Wystarczy pomyśleć co by było gdyby je stracić. A stracić je możemy w każdej sekundzie, nigdy nie wiadomo ile jest nam czasu przeznaczone. Zawsze odkładamy na kiedyś... a potem jest żal, że nie daliśmy im miłości wtedy gdy jeszcze byli. Istnieje tylko teraz, tylko teraz możemy ich kochać, możemy im to powiedzieć, okazać. Tylko teraz jest czas na rozmowę, na uśmiech, serdeczność, pomoc, uścisk, pocałunek, gest. Potem ich już nie będzie...

Tak to jakiś czas temu się przełamałem. Byłem na rekolekcjach i usłyszałem tam ,by powiedzieć swemu ojcu, że go kocham... Jezu... myślę sobie, ja tego nie przeskoczę, jak mu to powiem...? Kiedy...? Ale przełamałem się... powiedziałem sobie, że to zrobię. Jedziemy samochodem( dobrze, że ja byłem za kółkiem, bo gdy mu powiedziałem to nie byłby w stanie prowadzić ) Nic nie powiedział. Tylko widziałem łzy lejące się po jego twarzy , łzy szczęścia, był bezbronny jak dziecko – nawet nie próbował ich kryć. Rzeczywiście, wtedy się przekonałem, że miłość jest najsilniejszą bronią.

Wrócić do dzieciństwa...? Już teraz czuję, że to strasznie ciężka praca... Trzeba przebić pancerz jaki sobie nakładamy z wiekiem. Ale to pancerz sztucznej dorosłości. A jak wiadomo dziecko potrafi zepsuć wszystko więc nie będę walczył z tym pancerzem, tylko pozwolę by moje wewnętrzne dziecko pobawiło się nim... tego nie przetrwa żadna rzecz ;-)

Zapomina się tak łatwo, muszę o tym pamiętać, nie przeganiać dziecka i dać mu pełną swobodę...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-05 13:35:46
skomentuj (0)
" Nic dwa razy"
Ludzie są wspaniali ! Są ciekawi, są wyjątkowi, są fantastyczni... Ale są ludźmi, a to jest świat materialny , czyli „ raz na wozie, raz pod wozem” . To chyba wielka sztuka cieszyć się ludźmi, a nie przywiązywać się do nich, by nie być rozczarowanym, kiedy będzie „ pod wozem” . Dziś widziałem samą serdeczność, łagodność i przyjaźń, aż miło przechadzać się wtedy ulicą. Czułem się jak w filmie, kiedy to bohater idzie wsią , czy małym miasteczkiem i widzi na około siebie tyko serdeczność i uśmiechy.
Płynąć z prądem... teraz łatwo, bo jest miło, jest magicznie i spokojnie, ale na przykład wczoraj o tej porze było nieciekawie. Jak wtedy płynąć z prądem...?

Piękny wieczór! Pomarańczowo-różowy zachód słońca... różowo-fioletowe chmury na tle ciemnego błękitu ... ślady po samolotach świecące fioletowym blaskiem... W pokoju coraz ciemniej, coraz potulniej, muzyka sączy się leniwie z głośników... Lubię te chwile. Swojego czasu co wieczór, kiedy jest tak magicznie słuchałem ścieżki dźwiękowej z „ Blade Runnera” sączyłem herbatę i długo obserwowałem świat przez szybę, aż było całkiem ciemno... Uwielbiam ten spokój. Ten głęboki spokój i akceptację świata takiego jaki jest.
Lecz o dziwo te cudowne chwile zawsze przychodzą po cierpieniu. Myślę, że to dlatego, że cierpienie sprowadza nas do środka siebie- świat nas zawiódł i uciekamy do środka. A tam znajdujemy właśnie ten utęskniony spokój...

Szkoda, że świat materialny jest w ciągłym ruchu i nie można niczego zatrzymać na dłużej... absolutnie niczego. Wszystko przemija i dopiero chyba kiedy to zaakceptujemy i pogodzimy się z tym możemy próbować być szczęśliwi... Skoro napisałem „ Szkoda” więc się chyba jeszcze nie pogodziłem, a w takim razie na razie nie będę trwale szczęśliwy – idąc za tokiem myślenia... I znów odkrywam siebie: napisałem to „ szkoda” z biegu nie myśląc nad tym ... więc wyszło z podświadomości... i teraz wiem że nie jestem pogodzony z przemijaniem.

Właśnie przed momentem ktoś mi na gg w kontekście rozmowy powiedział, że czasem każdy musi się wygadać... niby prosta myśl, niby znam ją od zawsze a dotarło do mnie to dopiero teraz... Może zamykam się w klatce chcąc tak szybko odciąć się od potrzeby akceptacji i zainteresowania ze strony innych ludzi... może to nie jest takie straszne jak to wygląda a ja w swojej ludzkiej naturze po prostu chcę się właśnie wygadać, powiedzieć co we mnie żyje, pokazać komuś świat taki jakim go widzę... – kolejny krok w odkrywaniu siebie – odkrycie prawdopodobnej potrzeby i pragnienia .

Ciągle przerywam pisanie tej notki, za oknem już całkiem ciemno... to o czym pisałem na początku jest już przeszłością. Nie istnieje. Nigdy nie wróci i nigdy się więcej nie powtórzy . „ Nic dwa razy „ jak pisała Szymborska ... I z tym muszę się właśnie pogodzić...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-05 20:48:30
skomentuj (1)
Wieczorne odwiedziny :-)
Prawie zawsze gdy gdzieś pojadę, coś robię dopada mnie nagle świadomość , że to wszystko bez sensu. Odechciewa mi się kontynuowania przedsięwzięcia i zapadam w jakiegoś rodzaju marazm. Dotyczy to w zasadzie każdej dziedziny życia... Długo myślałem o co chodzi, zacząłem się zastanawiać nawet, że może ze mną nie do końca jest w porządku, ale doszedłem w końcu do tego, że mam takie uczucie zwykle wtedy gdy robię coś dla siebie, gdy nikt inny nie będzie odnosił z tego korzyści. W sumie to powinno mnie bardzo ucieszyć , bo to znaczy że powoli jestem wymywany z egoizmu, ale problem jest w drugą stronę, jak robić coś dla kogoś innego, gdy jest się samemu ? Ale jest jeszcze jedna sprawa... przecież nawet jak jest się z kimś to robi się masę rzeczy dla samego siebie...

Siadam do nauki języka obcego i zaraz myślę sobie ... “a właściwie czy jest sens” Ćwiczę rysowanie i w środku rysowania , dopada mnie pytanie : Właściwie to po co ? . Jadę w góry i idąc wśród dziczy myślę : “ Czy ja jestem dzięki temu szczęśliwszy ? Właściwie to po co ja tu przyjechałem? – może się starzeję ;-) i zrzędzę już jak stary dziadek...

Prawdopodobnie mam gdzieś w sobie jakąś blokadę, coś co powoduje że tak odbieram to wszystko. Ciekawe tylko czym ta blokada była spowodowana ...? no i jak jej się pozbyć... ? To trochę jak uczucie że nie ma mnie tam gdzie powinienem być, że nie robię tego co należy zrobić itp. A może pójść na tak zwany żywioł. Kiedy będę to czuł to robić wszystko po kolei , iść za tym uczuciem, aż znajdę to co powinienem . Może to jakieś miejsce które mnie woła ... Może jakaś osoba, która mnie woła... Nie wiem, ale to trochę męczące...

Może rzeczywiście tak zrobię, polecę za tym niemym wołaniem i zobaczę gdzie trafię... to może być niezła przygoda... mam nadzieję tylko że w połowie tej przygody nie zrezygnuję bo uznam , że to dla siebie ;-)

Coś po prostu we mnie siedzi i nie pozwala mi się cieszyć... OOO?!!! Właśnie wleciał mi gołąb przez okno do pokoju :) czy to znak Boże ? Niesamowite on się mnie nie boi !!! Dotknąłem go a on na mnie patrzy jak zaczarowany ... Mam nadzieję że nie jest chory . siedzi na półce i patrzy na mnie ... Dziwne . Jeść nie chce , podsuwam mu na ręce pod dziób też nie je. Ale dlaczego on się mnie nie boi???!!!! Przedziwne to to . Puściłem mu dźwięk OM. Rośliny i zwierzęta ponoć go lubią ... więc niech i mój nowy współlokator ma trochę przyjemności ;-) On chyba nie zamierza sobie iść... chyba go przenocuję :-) Oby nie był chory ...

Kiedyś obudziłem się rano a w pokoju na parapecie siedział jastrząb... mają gniazdo na dachu bloku, ale widać że ten postanowił spędzić noc poza domem i wybrał nocleg u mnie :-) Tylko że ten jastrząb był 4 razy większy i nie taki spokojny – jak tylko wstałem to mi mało szyby nie wywalił skrzydłami, ale jakoś wyleciał... No a mój nowy przyjaciel jak siedział tak siedzi, spokojny jak w medytacji ... hmm on chyba naprawdę będzie u mnie spał , przecież go nie wyrzucę... Czeka mnie zimna noc bo nie zamknę mu okna gdyby zdecydował się pójść sobie. Co też Ty Boże chcesz mi w ten sposób powiedzieć... bo nie rozumiem... Pisałem że coś we mnie siedzi a wtedy on wleciał... Szkoda że to nie łabędź ;-)

No nic to... kończę porozmawiam sobie z moim gościem , może powie mi coś ciekawego, opowie swoją historię :)

podroz-w-glab-siebie 2003-09-06 20:21:59
skomentuj (1)
Blogowy pesymizm.
Gołąb już śpi... najadł się, napił i śpi... dobrze, że nie chrapie ;-) w sumie to miło, że ktoś postanowił do mnie wpaść, nawet jeśli to mały gołąbek :-). Ale nie o gołąbkach chciałem mówić...

Tak sobie chodzę z ciekawości po różnych blogach i zauważyłem coś dziwnego i niepokojącego... Mianowicie na większości blogów na jakie trafiam króluje pesymizm, żal, płacz, tęsknota, brak nadziei itd. No i nie wiem... albo trafiam tylko na takie blogi, albo też coś jest nie tak... Ciekawe jak Drogi Czytelniku Ty odbierasz mój blog... piszę tu sobie różne rzeczy, ale ciekawi mnie jak są odbierane... jako pesymistyczne ? Nie chciałbym tego. Życie powinno być radością ... a podróż w siebie tym większą radością, bo oczekuję, że właśnie radość tam znajdę. Gdybym się spodziewał, że moje wnętrze to ciemna, ponura pieczara przepełniona żalem istot które tam trwają np. zrozpaczone anioły ze zwieszoną głową ( nie mogłem się powstrzymać – one są wszędzie!!!), gdybym się tego spodziewał to uciekałbym jak najdalej w świat, a nie do środka. Ale ja właśnie spodziewam się tam znaleźć prawdziwe szczęście, błogość i radość , dlatego tam idę... Trudno mi się samemu oceniać... hmm... jeśli byś zechciał mi pomóc Czytelniku to proszę o ocenę ... jak tu jest ?

Nie chcę na siłę robić hihawy , ale postaram się znajdywać więcej pozytywnych aspektów tej wyprawy... nie zamierzam tłumić żalu czy tęsknoty – tego jak najbardziej nie wypominam innym blogowcom, bo chodzi o szczerość, ale trudno mi uwierzyć, że wszyscy mają tak kompletnie przerąbane... Zawsze jest coś pozytywnego... trzeba to tylko dostrzec... Sam pisałem którąś tam notkę gdy byłem naprawdę w podłym nastroju... może i jest pesymistyczna, ale o ile pamiętam to potem napisałem coś optymistycznego...

No nie wiem , takie to refleksje mnie nachodzą w środku nocy... A teraz chyba pójdę w ślady gołębia czyli spać. Może nie na stojąco, na szafie obok miski z pszenicą i spodka z wodą jak on , bo raczej nie byłoby to najwygodniejsze ;-) ... Chociaż ?... kto wie może rano siedziały by tu 2 gołębie ? – Czytaliście „ Sklepy Cynamonowe „ Schulza ? ;-) :-)

Tym jaknajbardziej optymistycznym akcentem kończę tę notkę... Dobranoc Kochani .


podroz-w-glab-siebie 2003-09-07 02:28:07
skomentuj (4)
Tup, tup tup...
Gołąb odleciał skoro świt... zostawił mi „ coś” na pamiątkę ;-) Jak kocha to wróci ;-)

Pytanie o mój blogowy pesymizm ku mej radości spotkało się z odzewem ... niby nie jestem pesymistyczny, ale Namhae napisała coś istotnego : brak spełnienia... Rzeczywiście tak chyba jest. Nawet pisałem w notce wcześniej, że moje zamierzenia wydają mi się pozbawione sensu ... spełnienie. Hmm Coś mi wnętrze podpowiada, że właśnie jestem na najlepszej drodze do spełnienia, tylko początki są trudne... W sumie w świecie spełnienia szukałem... a jeśli znajdywałem to tylko chwilowe, przelotne, nietrwałe i musiałem szukać czegoś innego. Takie skakanie od jednego do innego mnie nie bawi a wręcz męczy ..., szukam czegoś stałego. No ale tak podróżowałem po różnych szlakach, aż nie trafiłem na tabliczkę : „Całkowite oddanie w związku” – czas przejścia ...( napis zamazany) / „ Podróż-w-głąb-siebie” – czas przejścia – aż dojdziesz ...

Wybrałem oddanie w związku, ale ledwo ruszyłem w tamtym kierunku, rozpętała się taka wichura, że powalone drzewa zagrodziły mi drogę, trzęsienie ziemi zrobiło wielką przepaść, a gdy tylko próbowałem ją pokonać jakieś ptaszyska podlatywały i kąsały mnie boleśnie, więc w końcu zrezygnowałem i postanowiłem pójść tą drugą drogą. No i idę ... Czasem z niej zbaczam, by coś innego zobaczyć , ale zauważam, że ta droga o tyle różni się od poprzednich, że ścieli się u mych stóp na bieżąco i gdziekolwiek teraz bym nie szedł idę i tak nią... To trochę jak pułapka gdyż myślę, że jakiego szlaku już bym nie wybrał zawsze będzie on już szlakiem w głąb siebie... I w sumie się cieszę, bo widzę w tym szansę na to trwałe szczęście, szczęście, którego nie zniszczą zmienne koleje losu, którego nikt mi nie odbierze...

Tak mi przychodzi na myśl, że może tak naprawdę w życiu każdego istnieje tylko jeden szlak – właśnie prowadzący w głąb siebie. Wszak wszystkie drogi jakie w życiu przemierzamy czegoś nas uczą, coś nam o sobie mówią, dają szansę poznania. A może się mylę i istnieje nieskończenie różnych szlaków w naszym świecie, a szlak prowadzący do środka jest tylko jedną z możliwości... Kiedyś poznam prawdę, choć w głębi czuję, że prawdziwa jest ta pierwsza możliwość.

Brak spełnienia... w świecie spełnienia nie znajdę... tego już jestem prawie pewny, więc dalej kroczę przed siebie. Pogmatwana trochę ta ścieżka, ale dobrze mi się nią idzie... czasem są korzenie, dziury, kamienie, ale czuję, że to to, i że w końcu minie chaos przebudowy ...

Tup, tup tup ...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-07 13:18:16
skomentuj (2)
Być Sobą
Zauważyłem, że nastawienie kształtuje nasze życie i postrzeganie. Chyba nie ma czegoś takiego jak obiektywność, chyba zawsze jesteśmy w jakiś sposób nastawieni... coś nami kieruje. Obiektywna może być maszyna, ale myślę, że człowiek nie, a jeśli już to jest to znikomy procent ludzi. Niestety to jest moja wielka wada... jestem nastawiony i poprzez pryzmat oczekiwań, wyrobionego ( lub co gorsza przejętego) zdania patrzę na różne rzeczy...

Skoro chcę być sobą tu muszę się tego pozbyć. Wziąć wszelkie kulturowe i społeczne zasady i opinie i wrzucić je razem do mentalnego kosza na śmieci. Odrzucić to w co zostałem zaprogramowany i zacząć się programować od nowa biorąc za programistę własne serce i osobiste doświadczenie... Zdaje mi się, że to diabelnie trudne... i odczuwam coś co mi mówi, że jeszcze nie do końca to rozumiem i popełniam jakiś błąd we wnioskowaniu... ale co to może być...?

Ta metoda otworzy przede mną świat taki jakim on jest, a nie taki jakim ogólnie się go uważa i wstrzykuje jego wyobrażenie już od żłobka... Rzekłbym, że to bomba... ale gdzieś jest haczyk , coś tak czuję, że jest... To tak jakbym sięgnął po podręcznik z wyższej klasy i uczył się czegoś co jeszcze nie dla mnie, bo muszę przerobić materiał wcześniejszy. Tak to chyba to – ucisk w sercu zniknął. Więc cóż czynić? ... Starać się odrzucić nastawienie, ale nie porywać się od razu do rezygnacji z dorobku społecznego co do pojmowania świata... ? Hmm ... To się nie zgadza z podróżą do siebie, bo przecież mam wtedy słuchać serca , sumienia , a nie ogólnie przyjętych zasad. Jakoś dziwnie mi się tę notkę pisze. Niby czuję , że mam ją napisać , a z drugiej strony jakoś nie mogę uchwycić jej sensu, jakbym łapał mokre mydło, w wilgotne ręce...
- Bądź po środku , niczego nie odrzucaj , do niczego się nie przywiązuj, bądź świadkiem przedstawienia jakie się rozgrywa na około. Nie musisz brać opinii innych, nie musisz ich odrzucać. Bądź lekki, bądź ponad tym. Niech cię niesie głos serca, Mój głos. Obserwuj z ciekawością, bierz to co dla ciebie korzystne, nie wszystko w świecie jest złe, ale zawsze pytaj serca, ono nie kłamie. Ofiaruj wszystko Bogu i bądź szczęśliwy. Uprzedzenia z czasem znikną, pracuj nad tym , ale nie bądź zawzięty, w lekkości siła, elastycznie idź swoją ścieżką bo się uszkodzisz. Bóg z tobą... – Dziękuję .

Złoty środek... Właściwie nic dodać. Kojarzy mi się ta postawa z białym gołębiem lecącym lekko w słoneczny dzień ponad tłoczną ulicą. Obserwuje wszystko, wie o wielu sprawach, ale jest wolny, jest ponad tym, szybuje w słońcu szczęśliwy, tak po prostu szczęśliwy, nie potrzebuje powodu by się cieszyć, sam stał się szczęściem. Po prostu leci... i właśnie nie odrzuca , nie bierze... jest sobą, absolutnie Sobą.

podroz-w-glab-siebie 2003-09-07 22:25:48
skomentuj (2)
Odpoczynek
Jak w każdej podróży nadchodzi moment kiedy trzeba odpocząć. Chyba właśnie się zmęczyłem... A to dlatego, że zacząłem zbyt szybko iść – to chyba nie moje tempo. A to przez tego bloga... bo zmusza mnie on do dużo większego myślenia nad sobą... niby o to właśnie chodziło, ale to męczące... Czas chyba na odpoczynek. Czy nie będę pisał przez jakiś czas, aż nie ruszę dalej...? Ciężka sprawa... a może dla odmiany będę pisał co się dzieje u mnie na zewnątrz a nie w środku... – notki będą dużo krótsze ;-) Nie wiem... Tak czy siak zrzucam plecak sprzątam szyszki i gałązki i rozbijam namiot. Rozpalę niewielkie ognisko, posilę się czymś i tak zwyczajnie powpatruję się w płomienie i żar, posłucham lasu na około, posłucham nocnej ciszy. Chyba właśnie tego mi trzeba. Pomyślę lekko , dam się ponieść fantazji... pobawię się trochę, ale przede wszystkim trochę odpocznę...

Do zobaczenia niebawem...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-08 11:55:36
skomentuj (2)
Wyjść z Zaklętego Koła
Tak siedziałem sobie przy ognisku zatopiony we własnych myślach kiedy, inny podróżnik, z którym ostatnio często widujemy się na szlaku przyszedł, usiadł i porozmawiał chwilę zmuszając mnie niejako do pewnej refleksji...

Dziwi mnie pewna rzecz: dlaczego przyjaźń bliższa, która jest o krok od przerodzenia się w coś dużo piękniejszego przeradza się w kolczastą szkaradę kłującą przy każdej okazji... wabiącą i wracającą pokornie tylko po to by znów znaleźć okazję by ukuć... Myślę, że coś jest nie tak, bo dwie osoby rozumieją się dobrze do czasu, aż jest to czysta relacja przyjaźni : ja nic nie chcę ... ty nic nie chcesz – ale nawzajem dajemy sobie dużo . Natomiast kiedy zmienia się coś i jest decyzja : ” jesteśmy razem” to robi się dziwna relacja, rzekłbym przeciwna istocie miłości : ja chce wiele... ty chcesz wiele – ale oboje chcemy tylko brać!

Myślę, że znowu chodzi o oczekiwania... o pragnienia. Oczekuję od mojej dziewczyny tego , tego i tego plus setkę innych rzeczy , a jeżeli ona mi tego nie daje to należy jej to wyrzucić i oskarżyć o brak miłości – Boże ! to piekło. Dwoje ludzi wiąże się by razem gotować danie z siebie samych. Gdzieś się wszystko pomieszało i poplątało. Przecież miłość to dawanie , a nie branie... Dlaczego ludzie zakochujący się , lub czujący jakąś sympatię zaraz mają miliony oczekiwań i pragnień wobec obiektu zainteresowania . Myślę, że to wszystko niszczy ... niszczy całe piękne uczucie zwane przyjaźnią ( którą coraz częściej stawiam wyżej od tzw. miłości) na rzecz czegoś poplątanego czemu ludzie przypięli etykietkę „ miłość”.

Czemu nie potrafimy kochać dając, wybaczając, starając się zrozumieć, tylko zaraz oczekujemy? To jest takie przykre... czemu miłość, która ma być delikatna, ma być kwiatem, leciutka, pachnąca, uśmiechnięta staje się czyhającą na pretekst podstępną bestią, oczekującą cały czas DOWODÓW?!

To skłania mnie nawet do twierdzenia, że miłość nie istnieje! Jest to wymysł pokrzywdzonej rasy ludzkiej, która gdzieś kiedyś utraciła tę prawdziwą miłość, a teraz zrobiła figurkę, tanią imitację i nazwała ją „ miłość” .

Myślę, że tą prawdziwą miłością jest bezinteresowność, czyli też przyjaźń. „ Dam Ci to wszystko i nic za to nie chcę” – czy to nie piękne ? czy nie powinno być tak w związku?. Obie osoby w związku myślące w ten sposób stworzyły by sobie raj... cudowny raj na ziemi. To takie proste, a jednocześnie takie trudne. A przyczyną jest chyba strach... strach że nie dostaniemy. Skąd się wziął strach? Z braku miłości? A skąd się wziął brak miłości? Ze strachu... I bądź tu mądry! Zamknięte koło.

Ale chyba wyjść z niego można tylko w jeden sposób... po prostu zacząć kochać, Dawać jak najwięcej nie oczekując... służyć nie oczekując wdzięczności. Ktoś dostanie miłość i przestanie się bać... bo dostał. Skoro przestanie się bać zacznie dawać bezinteresownie i tak dalej i tak dalej.

To tutaj chyba chodzi mędrcom gdy mówią: Sam możesz zmienić świat, ale aby to zrobić musisz najpierw zmienić siebie.

... a wtedy gdy będziemy w ciężkiej sytuacji życiowej podejdzie do nas ktoś i powie „pomogę Ci” podniesiemy głowę i zobaczymy obcego człowieka. Czemu mi pomożesz – spytamy. Kiedyś ktoś pomógł mnie , pomógł i nie chciał nic w zamian, więc i ja postanowiłem tak robić.

Może się okazać, że temu człowiekowi pomógł ten któremu my kiedyś daliśmy bezinteresownie, i w ten sposób pomogliśmy sobie samym.

„ Pomagając innym pomagasz sobie” – nie pamiętam kto to powiedział, ale chyba to zrozumiałem wreszcie- pozbyć się strachu i nie bać się dawać. Czy to bliźniemu czy to w związku.

Miłość działa cuda, a to jak myślę jest właśnie prawdziwa miłość.

Jeśli ktoś z Was się zdecyduje wyjść z koła to życzę Powodzenia! Może kiedyś zrobimy coś dla siebie.

Ja się decyduję!

podroz-w-glab-siebie 2003-09-09 00:48:36
skomentuj (2)
Kiedy wpadniesz między wrony, ZACZNIESZ krakać tak jak one
Miałem ostatnio okazję przekonać się jak otoczenie wpływa na człowieka. Wystarczyły trzy dni pracy na budowie... a mój język nabrał innego wydźwięku, że tak to nazwę delikatnie. Ale co dziwne - nie tylko język...
Moją mocną stroną jest anielski spokój i cierpliwość, ale zauważyłem, że i charakter upodobnił mi się nieco do innych z budowy, może nie charakter , a sposób reagowania na nieoczekiwane zdarzenia. Tak jak reaguję zwykle ... hmmm czy to znak ? Dzięki Ci Boże że się troszczysz i kierujesz inaczej niż chciałem. A teraz : K**** mać... co do ch*** ? Nie poznaję siebie... muszę coś z tym zrobić... założyć sobie jakiś filtr psychiczny na to... Do października będę tam pracował i to już w ogóle nie wiadomo co ze mnie będzie- strach wtedy iść w głąb siebie ;-). Słucham tych bukiecików rzucanych do siebie przez cały dzień... widać jestem bardzo chłonny, albo to normalne, że tak podłapałem.

Rozumiem już jak ważne jest to, by dobrze wybrać sobie towarzystwo, z którym się spędza czas... jak ważne jest wybieranie filmów dla dzieci ( i najlepiej siebie) odpowiednich, lektura, zabawa, towarzystwo, - wszystko to na nas wpływa czy tego chcemy czy nie... Wszystko, co widzimy, słyszymy, czujemy, wszystko jest jak pokarm, jeśli będziemy się żywili zepsutym jedzeniem będziemy musieli odchorować, sami się zepsujemy.

Ciekawe co ma w głowie dziecko „żywione” brutalnymi bajkami, brutalnymi grami, filmami, zabawami, a na pytanie do rodzica słyszy „ Nie zawracaj mi teraz głowy” ... ciekawe kiedy rodzic zwróci uwagę...? kiedy dziecko przyjdzie do domu i powie: Tatusiu zabiłem kolegę ze szkoły, ale coś jest nie tak , bo on nie wstał jak zbóje z gier...

Muszę uważać na „pokarm”, zostać sobą... jak zacznę z tym walczyć to mi odda... walka to nie sposób... hmm...a więc wyśmieję to. Jak mi się wymsknie to się będę śmiał z tego... pozwolę mojemu wewnętrznemu dziecku wyśmiać to wszystko i być sobą nadal...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-10 23:44:45
skomentuj (3)
Śmiech na sali - sala jest Mną !
Tak spaceruję trochę po innych blogach i wszędzie czytam, marzenia, nadzieje, pragnienia itd. I coś mnie zaskoczyło... Ja niczego nie pragnę... ! Właściwie o niczym nie marzę... ! Nie mam na nic nadziei...! A jakoś dziwnie się składa, że jestem coraz bardziej szczęśliwy, nie rozhihany (co zaraz mija) ale szczęśliwy tak w środku, tak głęboko... I wiecie co ... ? To już w ogóle jest dziwne... zdałem sobie sprawę, że nieszczęśliwy jestem wtedy gdy o czymś marzę, gdy mam na coś nadzieję – bo tego nie dostaję, lub się martwię, że nie dostanę...

Mogłoby się zdawać, że skoro nie mam nadziei marzeń itd. to powinienem być szary, skulony, zmizerniały, zimny i ponury, a ja wręcz tryskam humorem, czuję wewnętrzne ciepło – taki spokój i szczęście, pewność...

Czytałem : Chcesz być szczęśliwy ? To porzuć swoje pragnienia, marzenia i przywiązania. Odrzuciłem tę radę, bo sobie myślałem, że jeśli nie będę miał tego to co mi zostanie? Będę jak zwierzaczek co niczego nie chce oprócz jedzenia i spania... ale mimo, że odrzuciłem to jakoś tak nagle zobaczyłem, że samo się stało... i jest pięknie... naprawdę pięknie... tak lekko, tak radośnie... bez powodu... po prostu. Próbą tej radości będzie jakieś nieszczęście w moim życiu... wtedy się okaże... ale na dzień dzisiejszy... nie mam na nic nadziei, jakoś o niczym nie marzę , a czuję się pełniejszy i bardziej szczęśliwy niż przedtem... !Przywiązany jestem, ale marzenia i nadzieje zniknęły.

To też tak czuję jak pełna akceptacja i brak strachu...

... Kocham Was moi Drodzy... chciałem byście wiedzieli.

Pa :)

podroz-w-glab-siebie 2003-09-11 01:03:11
skomentuj (6)
Coś się zmieniło...
Cóż... spodziewałem się, że raczej błędnie będzie odebrana moja poprzenia notka... tak sobie myślę, że najpełniej sens tego co chciałem napisać oddaje tytuł tamtej notki... Chciałem to również przekazać jako porównanie do historyjki o podróżniku, ale musiałbym napisać tak: Podróżnik zdał sobie sprawę, ze tak naprawdę to nigdzie nigdy nie szedł... nie było żadnej podróży... cały czas był w jednym i tym samym miejscu, będąc zarazem tym miejscem... , ale to już w ogóle jakoś pomiesznie brzmi... cóż zostawiam to więc.

A u mnie sprawa sprzed prawie dwóch tygodni rozwiązała się... wyjaśniła... I okazało się, że podjąłem słuszną decyzję dystansując się do tego... spędziłem te 10 dni różnie...w zasadzie w większości dobrze, ale nie trapiła mnie tamta rzecz. Co z tego, że bym nad nią rozmyślał- nic. A tak potoczyło się to swoim torem i jest ok. a ja mam spokój ducha. Tak więc to już nie tylko domysł, ale własne doświadczenie , po prostu “spokój wypływa z bezstronności”

Jest mi dobrze... rzekłbym, że to uczucie jest bliskie błogości... Nic nie trzeba... wszystko już jest... było tam od zawsze. To jakiś świat pomiędzy. Ani w świecie, ani poza nim...

Jestem bliski śmiechu, jest puźno nie mogę rechotać – skoro tak myślę to znaczy, że świata nie olewam, a skoro śmieję się w duchu to znaczy że się do niego zdystansowałem...

Co z moją podróżą... ? bo nie mogę tego już nazwać “podróż”... czuję, że już nigdzie nie idę,że jest tak jak napisałem wyżej... Czyżbym doszedł ...? znalazł Siebie...? Nie, to na pewno pewien etap... coś się na pewno stało bo jest tak jakoś radośnie inaczej, ale to tylko etap – tak mi mówi serce... teraz nadejdzie coś innego ... inne próby inna praca nad sobą... utrwalanie zdobytej wiedzy i doświadczenia... czas ciszy i tajemniczego radosnego uśmiechu, czas lekkości – takie określenia kolejnego etapu podsuwa mi serce. I jeszcze jedno: czas przygotowania do radosnego życia... hmm .

Rzeczywiście czuję się lekki... ciekawe czy ta lekkość przetrwa próbę niepowodzenia... ciekawe czy to jest ta trwała lekkość serca czy tylko jakiś bonus jaki dostaję od Boga...

Na razie jest mi dobrze... mam ochotę się uśmiechać i płakać ze szczęścia... jakoś łzy radości same mi lecą... mam nadzieję, że nie zwariowałem ;-)

Pozdrawiam... skądkolwiek na szlaku podróży, bo teraz trudno mi określić swoje współrzędne... choć może wiem -



- wszystko jest jednym.


ps. I odzywa się mój "trapiciel" - jak mogę być tak szczęśliwy, skoro jest tylu ludzi w nieszczęściu... jak się tym podzielić? Chyba najlepszym sposobem jest postanowienie sprzed paru notek : dawać jak najwięcej bezinteresownej miłości... No bo niby co mam wskazywać drogę do wewnętrznego szczęścia? Nie chcę mędrkować, podjąłem decyzję i wyruszyłem, coś znalazłem, ale możliwe, że to tylko jest moja droga. Gdyby nie doświadczenia czysto materialne nigdy bym tu nie dotarł, nigdy nie zwróciłbym się do wnętrza... Jak się podzielić tym co czuję... ma ktoś pomysł?

podroz-w-glab-siebie 2003-09-12 01:28:38
skomentuj (4)
Torturowanie ignorancji
Muszę być cały czas czujny !

Czuję się fajnie, jest tak lekko, ciepło... spokojnie, ale ale... dziś dopadła mnie na drodze cwana chytra bestia zwana ignorancją innych... Oj niedobrze... było to jednak kontrolowane : ledwo pojawiła się w Królestwie Serca, a już kilku wyszkolonych jeźdźców pognało w jej stronę. Nie przepędzili jej, bo ignorancja lubi gdy się ją przegania, to ją umacnia, jakby zapładnia, bo wraca 2 razy liczniejsza i silniejsza. Więc staram się jej nie przepędzać... Moi wewnętrzni strażnicy łapią ją, wiążą... sadzają w miłym miejscu i grzecznie tłumaczą dlaczego nie wolno pomijać innych, dlaczego nie można ich oceniać... dlaczego nie można ich poniżać... czy to myślą, słowem, czy uczynkiem. Dlaczego należy podchodzić do nich z sympatią, okazać zainteresowanie, współczucie, zrozumienie. Ignorancja nie cierpi tego typu wykładów :-) Tak sądzę, bo zawsze kiedy jej już nagadam i rozwiążę to ucieka jak najdalej wrzeszcząc przeraźliwie:-) . I potem wkrada się coraz rzadziej na moje tereny.

Zauważyłem, że ona przybywa wtedy gdy jestem osłabiony poprzez zadawanie sobie ran. Mógłbym powiedzieć" osłabiony przez zadawanie ran przez innych" ale nie. Te rany zadaję sobie sam. Mówię o przejmowaniu się obelgami, poniżaniem, wyśmianiem. Budda określił to wspaniale ( może już o tym pisałem ) " Obelga jest jak list wysłany przez kogoś, jeśli go nie odbierzesz wróci do nadawcy". A ja odebrałem list więc zadałem sobie sam tę ranę. i wtedy pojawiła się ignorancja, a co dalej tu już wiecie... słodkie wykłady o miłości, których ona nienawidzi :-) To dla niej istne tortury. Uwielbiam jej to mówić, patrzeć jak kruszeje, jak się kurczy, a potem rozwiązać supły i patrzeć jak umyka >:-) .
Inna sprawa to to, że ostatnimi dniami niezbyt dobrze się odżywiam i może to być też taki czysto materialny powód, rozdrażnienia.

Czuję jakbym gdzieś dotarł... jakbym podróżował wcześniej po niepewnych terenach, gdzie łatwo można się zagubić, zginąć, zawrócić itd. A teraz jakbym wszedł na jakieś" wygodne" tereny , gdzie nie trzeba gonić, gdzie jest spokojnie. Skąd nie ma odwrotu ( rozumiejąc to pozytywnie) Gdzie mogę się rozluźnić... gdzie jest słodko. To tak jakbym w tej wędrówce przekroczył granicę państwa do którego zmierzałem. Jeszcze daleko do stolicy, ale jestem już na terenie mi przyjaznych ziem.

Naprawdę poczułem się świetnie... do tego stopnia, ze pomyślałem sobie, że fajnie byłoby się zakochać, pokochać kogoś tak bardzo bardzo mocno... i to nie jakiś ideał... zwykłą osobę o czystym sercu, która gotowa by była spędzić ze mną życie...to nie pragnienie, ale zwykła gotowość-spokój - dziwne myśli jak na mnie... jeszcze parę dni temu myślałem, że jeśli już coś to dopiero za kilka lat, kiedy już dotrę daleko w poznaniu siebie... Może po prostu upiłem się tą błogością i "złapałem korbę"- jak mówi mój znajomy ;-)

Nie wiem... jak na razie płynę z wiatrem, jest dobry, pozwala w pełni rozkoszować się rejsem. Nie stoję, ani nie gnam... po prostu płynę - jest fajnie.

Pozdrawiam Was duszyczki .
podroz-w-glab-siebie 2003-09-12 20:56:59
skomentuj (3)
Prezent zwany "dzisiaj"
Śmieszne jest to wszystko... i piękne... doceniam... Dzisiejszy dzień dobiega końca... jak go spędziłem? Czy zbliżyłem się jeszcze bardziej do istoty Boskości...? oczywiście, każde zdarzenie jest lekcją... wystarczy uważnie śledzić przebieg zajęć. Wszystko przychodzi samo... wystarczy się starać, próbować... wykazać chęć, pokazać, że zależy i przede wszystkim traktować to lekko, bardzo leciutko. Stare problemy, z którymi nie mogłem się uporać, wyparowują podgrzewane moim wewnętrznym żarem, były i nagle pyk! Już ich nie ma, bez walki, bez agresywności... po prostu : Boże, mój Kochany Przyjacielu pomóż mi stać się bardziej cierpliwym. Prośba + staranie się = sukces . Teraz wiem, osiągnąć możemy dosłownie wszystko. Wszystko jest tak banalnie proste, jest po prostu częścią nas samych, my już wszystko znamy, wszystko umiemy, musimy tylko to odkryć, odkryć w sobie Boga, tę iskierkę, która nas napędza, inspiruje, podtrzymuje, ochrania, szepcze kojące słowa gdy usiądziemy w ciszy i spytamy...

Teraz już wiem, że wszystko to czego nie dostałem, co straciłem, przez co cierpiałem, było dla mojego dobra. Mój Najlepszy Przyjaciel zawsze się o mnie troszczy. Zabierał i zabiera mi rzeczy, które mi szkodzą. Teraz to widzę.

Są to piękne chwile, i wiem, że są chwilami z mojej winy, nie trwają cały czas, bo jeszcze się uczę... Ale staram się więc i to z czasem przyjdzie... będzie to trwało cały czas...

Życzę Wam Kochani, byście wytrwali we wszelkich trudnościach... bo one są dla naszego dobra... Życzę Nam wszystkim siły ducha... wiary w siebie, abyśmy odkryli moc ukrytą w nas... byśmy się nie bali być sobą... byśmy odważyli się postępować tak jak podpowiada nam serce. Abyśmy nauczyli się kochać... dawać... ale i brać, bo przecież odmawiając uniemożliwiamy komuś dawanie...Życzę nam wszystkim uśmiechu, szczerego uśmiechu... życzę lekkości, radości, abyśmy lekko i radośnie potrafili walczyć o ideały, ochraniać innych, abyśmy siłą naszego ducha potrafili stać przy swoim jak skała w kipieli, gdy wszyscy na około są przeciw nam, abyśmy potrafili naszemu największemu wrogowi powiedzieć „ Kocham Cię” powiedzieć mu to wtedy gdy kipi ze złości i wrzeszczy na nas, lub gdy zrobił nam kolejne świństwo... te dwa słowa zetrą go na proch, a gdy się otrzepie z tego prochu będzie to już inny człowiek... Potęga tych dwóch słów... potęga prawdziwej miłości , chcącej dawać, a nie zabierać.

Dzięki Ci Boże za ten dzień... za wszystko co mi dałeś: za ulewę poranną, za zielone światło na skrzyżowaniach, za serdeczność ojca..., za dowcipnych ludzi jacy mnie otaczają, za gorący prysznic, za przeziębienie, które mnie chce uchwycić, za to że mogę to pisać, za to że nauczyłeś mnie nowych rzeczy... za milion innych drobiazgów, których nie dostrzegam, przez zabieganie umysłu, przede wszystkim dzięki Ci za to że jesteś, że jesteś zawsze tak blisko...że obdarowujesz mnie tak hojnie. Kocham Ciebie. Kocham Wszystkich i Wszystko co stworzyłeś. Proszę Cię pozwól mi pokochać to jeszcze mocniej... jeszcze głębiej... bardziej trwało...

Pomóż mi rozpakować i cieszyć prezentem jakim jest dzień dzisiejszy, i prezentem jaki dostanę jutro... Nie pozwól mi go rzucić w kąt tylko dlatego, że opakowanie jest bardzo podobne do poprzedniego... w środku jest zawsze nowy skarb. Pomóż mi Boże go odnaleźć.

Dobranoc Kochani. Trzymajcie się cieplutko.

podroz-w-glab-siebie 2003-09-13 22:41:37
skomentuj (3)
Z powrotem w umysł...
Dziś nie jest już tak fajnie :( ... i chyba wiem dlaczego... wyszedłem z siebie... pozwoliłem sobie nawet na nadzieję i fantazję połączoną z oczekiwaniem i po krótkim znanym mi już szczęściu nadeszły puste godziny... Może się mylę i to nie miało nic wspólnego, a ja po prostu nadal przebudowuję dom swojej duszy i po parudniowym odpoczynku znów trzeba wrócić do kurzu, narzędzi i harówy.

Ciekawe to w sumie jest... wiedzieć o czymś ale tego nie czuć... tak właśnie w tej chwili mam. Nie czuję tego co czułem wczoraj i przez ostatnie kilka dni, wiem doskonale o tym co sobie uświadomiłem... ale odeszło to tak jakby w lekkie zapomnienie, jakby ktoś przykrył to czymś – niby jest nadal, ale tego nie widać.

A może rzeczywiście moje dzisiejsze “ zapomnienie” jest wszystkiemu winne, może to znak, może mam się całkowicie odciąć emocjonalnie od świata... nie wiem , trochę szalone teorie, ale może właśnie są prawdziwe.

No... przynajmniej nie jest nudno :-) ... mogę się starać by to co czułem wróciło... mogę rozmyślać czemu tak się dzieje... mogę snuć teorie... , a tak co ? trwałbym sobie tylko w błogostanie, phi!... ;-) .

To po coś się dzieje ( jak wszystko )... jakiś jest tego sens... z czasem go odkryję... na razie zaakceptuję to jak jest i zobaczę co będzie dalej... jakoś gdy traktuję to lekko, wręcz śmiejąc się z tego – zdaje się przechodzić. Natomiast gdy siadam i pogrążam się w trwożnej zadumie nad całym sensem istnienia i mojej drogi to robi mi się dwa razy gorzej...

Śmiech lekiem na wszystko? Lekkość sposobem na utrapienia? Ale chyba nie wyśmianie i olewka, tyko lekka pełna humoru praca nad problemami, radosne zrozumienie, że tak jest i już. Spytałem kiedyś Boga co mam robić gdy czuję wstręt i do Niego i do całego rozwoju duchowego – muszę przyznać, że to było odważne pytanie. Usłyszałem : Śmiej się z tego. Zbaraniałem, ale poszedłem za radą i rzeczywiście wszelkie blokady powstałe wcześniej stopiły się umożliwiając przepływ miłości.

Nie ignoruję, nie zbywam, po prostu pełen radosnego zaufania do Boga akceptuję te zmiany, śmieję się z nich i z siebie, i wiem, że “ Bóg zabiera nam coś tylko po to, by dać nam coś lepszego”

Już czuję, że jest lepiej... ten blog, to pisanie o sobie wpływa na mnie jakoś oczyszczająco- może to rzeczywiście jest jak spowiedź...

Uśmiecham się do siebie, do świata, do tej zwariowanej ścieżki, do Boga, uśmiecham się i oglądam dalej przedstawienie...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-14 21:25:23
skomentuj (5)
Łańcuch zdarzeń.
Dobre jest to, że olśnienie może przyjść w jednej chwili... mogę cały dzień się kręcić w poszukiwaniu odpowiedzi i nie znaleźć nic, aż tu nagle pod wpływem jakiegoś impulsu - jasność.

Tak dziś właśnie miałem... w ciągu dnia pod wpływem dzisiejszych doświadczeń doszedłem ostatecznie do wniosku, że świat innych jest nie dla mnie... w sumie zawsze tak było i teraz wiem – już nigdy nie będę należał do tego świata w normalnie pojęty sposób. W sumie chyba nigdy nie należałem... a krótkie chwile wtopienia się były tylko dowodem na to jak bardzo musiałem udawać, by być z innymi. Tak naprawdę zawsze byłem sam. A teraz gdy się z tym pogodziłem i polubiłem, to naprawdę mogę być z innymi poprzez bycie sobą z sobą samym.

I tak próbowałem przez pół dnia dojść do tego dlaczego Bóg stawia mnie w takich a takich sytuacjach... jaka z nich lekcja płynie...? czego mam się tam nauczyć...? – Nadal nie wiem, ale to nie istotne, bo zrozumiałem coś większego.

Wszystko jest ścieżką. Każde z tych zdarzeń, z tych odczuć jakie mam w sobie... wszystko jest zaplanowane... coraz częściej mam uczucie, ze to teatr... że oglądam film, już nawet w nim nie gram, a tylko go oglądam. I że czego bym nie zrobił będzie to dobre, bo nie mogę już nic zrobić co nie byłoby nagrane... Tylko gdzie tu miejsce na wolną wole...? Teraz nie ważne. Ważne jest dla mnie to, że zrozumiałem, że to co czułem ostatnimi dniami, a co znikło było zapewnieniem, że idę dobrze, a to co czuję teraz ma mnie skłonić do dalszych poszukiwań ... i skłania : Siedziałem sobie dzisiaj i obserwowałem przez żaluzje mglisty zachód słońca i pytałem : Czego ja pragnę? Czego mi tak brakuje...? I nie znalazłem tego! Podstawiałem różne rzeczy, osoby jako potencjalny obiekt pragnień i zawsze to nie było to... Miałem ochotę wstać i miotać się po mieszkaniu powtarzając „ Co to jest?”, ale siedziałem spokojnie i dalej patrzyłem na umierający dzień.

Możliwe, że nie mam jeszcze dość samozaparcia... może nie jestem dość głodny odpowiedzi... Może nadejdzie dzień, kiedy wstanę tak zdesperowany i zagłodzony, że siłą woli przetnę zasłonę iluzji i zobaczę prawdę... ujrzę to czego tak szukam, a co jest tak nieokreślone.

Żadna z rzeczy jakich doświadczyłem w dotychczasowym materialnym życiu nie dała mi prawdziwego szczęścia... Co prawda były chwile przyjemne, bardzo miłe, czasem przesycone rozkoszą ... ale zawsze zawierały jakiś ciężarek, coś co ciążyło, coś co przykuwało nieprzyjemnie i nie pozwalało się oderwać i polecieć... Jedyną rzeczą lekką, i tak błogo wypełniającą szczęściem, było owo odczucie jakie miałem przez kilka ostatnich dni. Ono miało nie ciężarek, a baloniki unoszące mnie do góry... nie było intensywne jak przyjemności materialne, ale było tak głębokie, tak wypełniające spokojem, że stanowi dla mnie dostateczną przynętę by iść dalej tą ścieżką...

I teraz wiem... każde doświadczenie jest lekcją i krokiem na drodze do odkrycia siebie. Moje wątpliwości, poszukiwania, żal, śmiech, (pozorne) błędy itd. wszystko jest potrzebne... wystarczy słuchać swego serca, głosu sumienia... a wtedy nie możemy zrobić nic złego i każda decyzja będzie dobrą...

Teraz to czuję... może za 5 minut to uczucie pryśnie, ale mam nadzieję, że pozostanie mi pewność, iż to co się dzieje jest impulsem do tego co ma się zdarzyć, że chwila obecna jest ogniwem łączącym przeszłość z przyszłością w łańcuchu zdarzeń. Że jest to chwila piękna, doskonała i nawet mimo pozorów materialności mogących objawiać się poprzez negatywność, czy cierpienie, jest to część naszego życia będąca kolejnym etapem rozwoju i poznania...

Moje krzątanie się w celu uzyskania odpowiedzi, desperacja i zwątpienie jest również częścią mojej historii... jest częścią całości... jest częścią życia i ogniwem...

...dlatego będę się krzątał nadal :-)

... i robił wszystko co czuję, że powinienem.

podroz-w-glab-siebie 2003-09-15 21:48:50
skomentuj (4)
Droga wiedzie nowym szlakiem
Czas, myśli, słowa... jeden strumień zdarzeń, jedna prawda do odkrycia... Kto to wszystko tak ułożył... ? Jak Ci na imię...? Zaplątujesz swe palce w dłonie moje i mnie prowadzisz... Każde palce jakie mnie dotykają są Twoje... Każde oczy co mnie widzą są Twoje... każdy sen jest mój.

Potrafisz przemienić światło w noc i odwrotnie i czynisz to codziennie... Powoli się uczę by nic nie miało znaczenia... bym zrozumiał tę prawdę... chcesz bym zszedł jeszcze głębiej...? Zanurzył się jeszcze bardziej w swoje wnętrze...? Bym odszedł.... Co mi po świecie złudzeń jaki widzę na około... ?

Pamiętasz moje dzisiejsze marzenie...? sprowokowane czyimi słowami ... Pamiętasz jak wyraźnie to odczułem... ? Pamiętasz moje pytanie... i moją odpowiedź ? Resztki mnie spalają się w niedociągniętych sprawach... dogasam dla świata... Wielka niewiadoma będzie mi przewodnikiem...

Śmieję się z siebie... dziś wyjątkowo intensywnie uczysz mnie prawdy ... wiem często fałszuję... rzadko, lekko, dla zabawy , lecz to zbyt często... Jak zachować humor w prawdzie... ? Czegokolwiek oczekuję ... zostaje pustka i śmiech.

Lubię cierpienie jakie mi dajesz, jakie daję sobie sam... ono jest przystawką do prawdziwego szczęścia. Nie można chyba trwać w przestrzeni świata i być w sobie... Ten świat jest tak powierzchowny... jest tak nietrwały .... stworzyłeś przepiękne dzieło, ale chyba czas zobaczyć je w pełni...

Twe nauki się sprawdzają... odczuwam na sobie wszystko czego mnie uczysz... Wszystko się potwierdza... Dobrze się dziś stało, jak się stało... i Ty wiesz czemu...

Nie sposób przewidzieć co mnie spotka za 5 minut... Jak dziś ... czy to że spadło na mnie to co spadło dało się przewidzieć... czy cokolwiek dało się przewidzieć... jedno co mogę przewidzieć to to , że Ty zawsze będziesz ze mną, w każdej sekundzie.

Widzę Cię coraz wyraźniej i wiem, że mnie prowadzisz, a chwilowe zawahania są równie potrzebne jak chwile wiary...

Prowadź mnie Swami ... Czas zejść głębiej i proszę Cię Boże, abyś mnie obdarzył wystarczającą siłą woli, samozaparciem, dyscypliną bym nie uciekł, lecz kroczył pewnie dalej...

Dziś przyciągnąłeś mnie tym czym przyciągnąłeś mnie przed laty... – koło się zamknęło , czas rozpocząć coś nowego...

----------------------------------------

Dziś znowu jest dobrze :-) znów czuję błogość... i czuję ją tym bardziej im bardziej zawiodłem się na świecie, na moich oczekiwaniach – śmieszne – to co kiedyś sprawiało mi ból teraz daje mi szczęście.

Tak naprawdę nic się nie zmienia... nie zajdzie żadna zmiana, nawet najmniejsza... zostanie jak było i będzie jak ma być... Na rozstaju postanowiłem przeczytać opis szlaku odchodzącego w bok... skusił mnie i postanowiłem nim iść... ale jak już kiedyś pisałem, to zawsze będzie już ta sama cudowna ścieżka.

Moje uczucia zmieniają się tysiące razy na minutę, więc po co przejmować się czymś tak nietrwałym, czymś tak iluzorycznym... Muszę się postarać wynieść ponad uczucia... i wtedy uwolniony od tego balastu być sobą... – Ta prawda też teraz znajduje potwierdzenie... odrzucając te wszystkie gnające uczucia i myśli poznam siebie, poznam tę jedną myśl i to jedno uczucie będące mną – poznam Miłość. – skoro wszystko dotychczas się potwierdza mniemam, że dalej jest tak samo i że rzeczywiście moje prawdziwe Ja jest czystą Miłością... Że jestem jednym z Bogiem i wszystkie żywoty są po to by to odkryć...

Zobaczę... jak na razie wszystkie słowa znalazły potwierdzenie... wszystkiego tego zaczynam doświadczać...

Myślę, że z czasem pogodzę się też z pewną myślą jaka sprawia mi wielką przykrość... bo tak naprawdę to bardzo bym chciał założyć kiedyś rodzinę... oddać się jakieś kobiecie i żyć dla niej, dla naszych dzieci... lecz wątpię czy da się to pogodzić z moim pragnieniem wewnętrznej miłości do świata... do innych ludzi... Jak na razie czuję, że to życie przeżyję sam... że już nigdy nie zwiążę się z żadną kobietą- ta myśl sprawia mi pewną przykrość... ale z drugiej strony to jest właśnie TYLKO myśl... kto wie gdzie ma swoje źródło... co ją stworzyło... Może spotkam tego Kogoś już jutro... może za tydzień, może za 10 lat, a może ... nigdy. Może ta myśl jest warta tyle samo co setki innych ubzdurań umysłu...

Widzę na mojej drodze znaki, które każą mi odrzucić umysł, odrzucić myśli, i powierzchowne mijające uczucia. Odrzucić je wszystkie jak kurtynę i zobaczyć to co jest za nią - to po co przyszedłem do teatru życia- przecież nie przychodzę to teatru by oglądać kurtynę, lecz to co jest za nią ... Nie wiem, lecz sądzę że to jest dość ciężka kurtyna i chcąc zobaczyć pełne przedstawienie trzeba się zdrowo napracować by ją odsłonić całkowicie... ale to postaram się teraz robić.

Odrzucić umysł! I za nim znaleźć prawdziwe Ja - czystą świadomość z której zdjęto tę kataraktę nieustannie pędzących myśli.

To trochę nowy szlak... będę się dzielił z Tobą Drogi Czytelniku jak mi się nim idzie...

... lecz to dalej ta sama droga – w głąb siebie.

Pozdrawiam Was Kochani... chyba każdy człowiek ma swojego hopla - ja właśnie odnajduję sens mojego ;-)

podroz-w-glab-siebie 2003-09-16 22:00:36
skomentuj (1)
Znowu złoty środek...
W sumie jak na razie lekko mi idzie podnoszenie kurtyny teatru mego serca. Czuję jej wagę czego nie dało się stwierdzić wcześniej gdy jej nie ruszałem, ale nie jest tak źle. Wracają do mnie pewne nieprzepracowane wzorce emocjonalne... wspomnienia pełne wątpliwości... rodzące się z tego wyrzuty sumienia... a to wszystko mi unaocznia jak wiele we mnie tego siedzi... i jak to wszystko ma wpływ na nowe myśli jakie we mnie powstają.

Myślę, że nowe myśli są w dużej mierze produktem wtórnym tych starych... Nawet jeśli mamy jakąś czystą myśl... pełną prawdy to i tak ona przedziera się przez dzielnice zamieszkałe przez nasze poprzednie myśli, a tamto tak na nią oddziałuje, że upodabnia...

Więc jeśli w przeszłości wiele się bałem i nie wyrzuciłem tego strachu z mego wnętrza to on sobie tam żyje i zabarwia wszystko to co robię teraz... podświadomie, ale zabarwia. I tak dalej i tak dalej... Dlatego chyba słusznie robię chcąc wynieść się ponad umysł... W procesie oczyszczania, wyłażą wszelkie brudy... ale ja w zasadzie chyba nie zabieram się do oczyszczania umysłu... ja go po prostu chcę odrzucić... spojrzeć sponad niego... spojrzeć nieskrępowaną wolnością swojego Ja.

Ale już dzisiaj coś zauważyłem... Mianowicie wczoraj myślałem o tym tak jak gdybym żył na pustkowiu, ale ja żyję w tłocznym mieście... od października wracają studia... masa ludzi na około... masa spraw. Nie mogę jednak podejść do tego tak jak zakładałem wczoraj. Mniejsza o głębsze szczegóły, ale to by było właściwe gdybym zabrał z domu słomianą matę, koc i uciekł do lasu szukać oświecenia... ale ja żyję między ludźmi... Po pierwsze już wiem, że oświecenie jest we mnie więc niegdzie nie musze wędrować, Po drugie poprosiłem Boga by mnie prowadził, więc jeśli będę miał uciec do lasu to wszelkie sprawy się tak ułożą, że tam trafię, Po trzecie tylko miłość do wszystkich ludzi, do wszelkich stworzeń, a przez co do samego Boga prowadzi do poznania siebie, siedzenie w lesie chyba niewiele by mi dało.

Tak więc znów złoty środek... nie przeginać w żadną stronę. Będę się starał odrzucić umysł, ale robiąc to w warunkach w jakich żyję... w końcu tu mnie postawił Bóg.

Teraz to wszystko czuję tak : Prawda jest we mnie... i tam mam jej szukać... to co postanowiłem wczoraj ma mi pomóc jedynie opanować umysł... uspokoić go i wyciszyć, by móc ujrzeć głębię, to nie jest mój cel a jedynie środek. Celem jest miłość, wszechogarniająca miłość i stopienie się z Absolutem.
----------------------------------------

Dziś też zauważyłem jak łatwo chłonę negatywność... jak ją sobie przyswajam... muszę na to uważać ... to sprytna pułapka - atakuje od zewnątrz, ale zamyka od środka ...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-17 22:18:01
skomentuj (2)
Notka jak szampon - 2w1 ;-)
To wszystko jest takie piękne... śpiew budzący wspomnienia pierwszego doświadczenia wewnętrznego piękna... Sprawia, że w jednej chwili wszystko ginie... ginie wszystko to co jest blokadą... otwieram się wtedy na całe piękno wszechświata... płaczę ze szczęścia, dosłownie rozpływam się. Nic się nie liczy... wszystko ogarniam jedną myślą nie myśląc o niczym.

Albo ja robię się coraz wrażliwszy, albo tegoroczna jesień zaczyna się najpiękniej ze wszystkich... te brązy, złoto, brunatniejąca zieleń, to jak liście spadają wirując osłonecznione... najchętniej znalazłbym się w jakimś starym parku ze zrujnowanym dworkiem i pobył tam kilka dni... potarzał się w suchych liściach... poprzechadzał w ciszy zarośniętymi alejkami... porozmawiał z posągami... posłuchał historii dworku... wsłuchał się w szepty ścian... może słychać w nich nadal dawny gwar tętniącego życiem rodu.

Brakuje mi tego... takiego zatrzymania się gdzieś... bez jakiegokolwiek pośpiechu. Po prostu pojechać gdzieś, w jakieś cudne tajemnicze miejsce i zanurzyć się w nim... zatracić... poznać całe... zapomnieć o życiu i stać się jednym z owym miejscem... Muszę nad tym popracować, bo ten pęd narzucam sobie sam...

Na tych wakacjach przejeżdżałem przez dziesiątki takich miejsc, byłem sam, więc czemu nie zostałem... ? Jakoś czułem się goniony myślą, że dzisiaj muszę dojechać tam i tam, no a przynajmniej zrobić te 50 kilometrów... Dziwne . Wyjeżdżałem z myślą o całkowitej swobodzie... a jednak czułem się zobowiązany do czegoś... To ciekawe... też temat do obserwacji swego wnętrza... o powody tej gonitwy i narzucania sobie jakiegoś celu, na który można narzekać, gdy koliduje z pięknem i potrzebą chwili.

Sporo ludzi spędza tak całe życie... ja tak nie chcę... chcę się zatrzymać... w spokoju popatrzeć... zjednoczyć się z chwilą i być tylko w niej.

Wszystko ma sens, nawet najmniejsze zdarzenie ma swój sens... chyba sztuką jest go odkryć... odkryć choćby w kichnięciu czy wyśliźnięciu się kluczy z ręki przy zamykaniu drzwi ... na wszystko co się dzieje patrzeć jak na dar od Boga i z ciekawością śledzić rozwój wypadków.
********************************
Notka powyżej miała się pojawić wczoraj wieczorem, ale net mi siadł... dziś natomiast uświadomiłem sobie coś ciekawego...

Mianowicie dziś niby mam wolne od pracy... ale w każdej chwili mogą po mnie zadzwonić... a wtedy nie ma “zmiłuj się” – trzeba jak najszybciej tam jechać. Potrzebuję tego dnia wolnego... takiej ciszy, czystego powietrza, spokoju, ale boję się to stracić i myślę “ żeby tylko nie zadzwonili” ...

I to jest ciekawe: mam wolny poranek, a nie korzystam z niego bo żyję obawą, czy w tej sekundzie nie zadzwoni komórka... strach przed czymś co może nadejść nie pozwala mi się rozkoszować daną chwilą...

Czy tak samo jest ze śmiercią, czy jakąkolwiek inną obawą... Bojąc się śmierci tracimy życie... boimy się że śmierć nas spotka za rogiem, za zakrętem, za zamkniętymi drzwiami windy itp. Jest takie przysłowie ( chyba tybetańskie) “ Jeśli myślisz o śmierci już jesteś martwy” – i myślę że jest w tym wiele prawdy, bo marnujemy życie bojąc się czegoś co i tak kiedyś nadejdzie.Chyba o śmierci należy pamiętać, by się nie zagalopować w życiu, ale nie myśleć o niej... nie podsycać obawy. I tak chyba z setką innych rzeczy... nie tylko śmierci.

Wyjściem jest chyba zaakceptowanie tej możliwości i radosne pogodzenie się z tym... zaufanie w Boga i jego decyzji... rozkoszowanie się teraźniejszością nie martwiąc się o przyszłość.

Tak więc jak zadzwonią to dobrze- widać Bóg mnie potrzebuje na budowie, jak nie zadzwonią to drugie dobrze- widać dzisiejszy dzień mam spędzić tutaj. Muszę nauczyć się całkowicie poddać Twojej woli.
- Nie masz wyjścia ;-)

:-)
----------------------------------------
Zaskakujące jest też to jak nauki Duchowego Mistrza wchodzą w głąb duszy, trwają tam jałowo, aż tu nagle zakwitną od środka naszej świadomości pod wpływem doświadczenia ... takiej wiedzy... popartej doświadczeniem już chyba nie da się utracić... Dziękuję Ci Swami.





podroz-w-glab-siebie 2003-09-20 10:51:17
skomentuj (1)
Zamieszanie w Królestwie Serca - cd. i Coś jeszcze...
Wspomnienia zaczęły wracać z zaskakującą siłą... słowem mój potomek zebrał swoich popleczników i zaatakował stolicę!

„ Skaza co robić, co robić... ?” jak krzyczał Zazu w mojej ulubionej bajce ;-)

Ech co ja mam robić... płakać mi się chce, tęsknić zaczynam... nie rozumiem tego co się dzieje. Może się oczyszczam... wyłażą brudy przywiązania... jak zerwać te pęta ? Jest gorzej niż myślałem, posłuchałem chwilę swoich odczuć i widzę, że ten atak na stolicę mojego serca to błahostka w porównaniu z tym co się za tym kryje! – w całym zamku mój potomek miał swoich ludzi... sprzymierzeńców, którzy tak wtopili się w życie miasta, że ich nie dało się odróżnić... pochowani po kątach... niepozorni... a teraz widzę, że cała stolica zaczyna być zagrożona !!! Oni siedzieli tam i czekali tylko na ten otwarty atak i zaczynają się panoszyć po mieście i siać zamęt...

Ta miłość jest cały czas obecna w moim sercu... przykryłem ją tylko, ale ona tam jest... egzystuje w zakamarkach... jak ci szpiedzy.

Czy chciałbym powrotu tej miłości...? Boże ! ja dopuszczam taką możliwość jeśli tylko Ona by wyraziła taką chęć... ja chyba zwariowałem ... stolica opanowana, król uciekł i zamkną się w wieży...

Boże oczyść mnie z tego uczucia, weź je sobie. Chyba, że masz w tym jakiś konkretny cel, to w porządku, ale jeśli to jest moje czyste przywiązanie to zabierz je proszę Cię...

To znane uczucie ciepła w sercu i delikatnego poruszenia nie pozwalającego oddychać, to wyczekiwanie i radość... czuję to gdy o Niej pomyślę...

Dlaczego nie dacie mi spokoju ? czemu nękacie mnie, moje miasto i moich ludzi? – pyta król sam siebie spoglądając z wieży na chaos w mieście... Jak z tym walczyć ? ... i tu król zdaje sobie sprawę z tego że on wcale nie chce z tym walczyć... chce zobaczyć jak będzie dalej... nie chce wybić atakujących, bo wie że to będzie nieodwracalne... a ma głęboko w sercu nadzieję, na powrót dawnego porządku... na posadzenie potomka na tronie ...

Będę przez to wszystko znowu cierpiał... wiem że trzeba myśleć pozytywnie... ale ... właśnie ale.
Boże wszystko dzieje się z Twojej woli, wszystko jest Twoim zamysłem i planem... szepnij mi po przyjacielsku... co się dzieje ? Jak zwykle milczysz w tej sprawie... Albo mówisz, ale ja Cię nie słyszę bo boję się odpowiedzi...

Czyżby to rozstanie miało mi dać czas na dojście do tego punktu gdzie jestem, a teraz czas wracać...? To istne wariatkowo... ale przyznam że nie wyobrażam sobie życia z nikim innym. Co Jej miało dać to rozstanie...?
O czym ja w ogóle myślę ... to DOWÓD niebezpieczeństwa myślenia : z powrotu uczucia doszedłem do rozważania powrotu związku...! To wariatkowo... niedługo się z Nią pewnie zobaczę... a Ona na pewno zauważy że coś jest nie tak... ...---... ...---... ...---...

Panikuję, niedobrze... co ja w ogóle wyprawiam... Co ma być będzie... Wszystko jest w rękach Boga... Nie wiem co będzie... ale Panie przecież wyraźnie słyszałem : „Z tamtym to koniec” .

Nic nie wymyślę. Zostawiam sprawy swojemu biegowi... Nie dopuszczę do rozlewu krwi w moim mieście, nie zaatakuję najeźdźców... Walka do niczego nie prowadzi...

Może to jest ten test... czy potrafię w takich okolicznościach zachować spokój i z pełnym zaufaniem i radosnym spokojem obserwować rozwój wypadków jakie zaplanował Bóg... – o tak, gdy tak myślę od razu mi lepiej... Tak zrobię, zaczekam i pełen otwartości będę obserwował...

Boże, prowadź mnie Panie, abym nie pobłądził... wskazuj mi właściwą ścieżkę... proszę o jednoznaczne wskazówki ... o czystość umysłu

-To zadbaj wreszcie o tę czystość umysłu, pozbądź się niepotrzebnych banialuków. Myśl o swojej prawdziwej istocie, tylko poprzez czystość umysłu rozpoznasz istotę rzeczy, wcześniej patrzysz przez zniekształconą zabrudzoną szybę – nic nie widzisz, domyślasz się tylko.
Rozluźnij się psychicznie, a spręż dyscyplinarnie, musisz się więcej skupiać na swoim wnętrzu inaczej nic z tego nie będzie, będziesz kroczył w kółko. Stop się ze Mną, a poznasz prawdę, całą prawdę. Nie zwlekaj, nie trwoń dnia, nie rób zaległości, oddaj się kontemplacji swego wnętrza, lepszych warunków niż teraz mieć nie możesz. Zrób to . Działaj .

Dziękuję... widzę, że rzeczywiście mówisz tylko wtedy gdy tego chcesz . Mam to tu umieścić?
- A po co Ja to dyktuję ?

Wiesz, że mam czasem wątpliwości co do prawdziwości tego głosu...
- Jestem z tobą. To ci powinno wystarczyć . Kochaj to wszystko, ale teraz musisz jak najwięcej skupić się na wnętrzu.

Nie wiem co zrobić z tą notką... mam wątpliwości czy ją wklejać, bo już myślę odwrotnie niż kiedy ją zaczynałem pisać

- „ Zaleta” umysłu... odnajdź spokój potem myśl i wklej tę notkę nie martw się, ona ma się pojaiwć.

Zacznę wychodzić na nawiedzonego świra...

- W takim razie i Ja nim jestem

Ofiarowuję CI tę notkę... niech się dzieje co chcesz.

Czuję, że jesteś zadowolony...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-21 00:38:56
skomentuj (1)
Wszystko ma sens...
Może to kolejna sztuczka umysłu, ale już chyba wiem po co mi to było... o czymś się dogłębniej przekonałem, coś zrozumiałem... wyraźniej widzę cel... I znów się okazało, że wszystko ma sens... może odkryłem tylko skrawek prawdziwego sensu tego co opisałem w poprzedniej notce, a może całość... Zastanawia mnie tylko to czy gdybym nie zareagował tak jak zareagowałem, tylko spokojnie obserwował i nie utożsamiał się z tym wszystkim czy doszedłbym w to samo miejsce... a może dużo dalej... Nie wiem , tak czy siak odkryłem pewien sens tego co zaszło... sens tego bezsensu... , kroczę dalej...

podroz-w-glab-siebie 2003-09-21 01:35:54
skomentuj (0)
Ścieżka "czerwonej nici połączenia"
Oczywiście to tylko domysły, ale pobawię się tym umysłem jeszcze trochę... Myślę, że wczorajsze doświadczenie miało mi ukazać głębię miłości jaką miałem. Na 99,99999% nic z tamtego związku już nie będzie, ale odczułem to po to, by uważać na przyszłość, by nie wiązać się z nikim pochopnie. Dać sobie dużo czasu. Bo jest jakoś tak, że kiedy ktoś okazuje mi zainteresowanie, to mnie to cieszy, kiedy okazuje go więcej zaczynam patrzeć jak na znak od Boga... a to chyba nie do końca tak... Nie mogę się rzucać w wir uczuć jeśli mam w sercu wątpliwości... Zabijam wtedy i siebie i tamtą osobę...


Problem tylko, jak balansować pomiędzy bezpiecznym dla siebie przeczekaniem, poznaniem, a tym aby nie zranić tej osoby zdystansowaniem... Pozostaje mi mieć czyste serce i intencje, w razie czego grzecznie i delikatnie wyjaśnić o co mi chodzi...

Czas! Przede wszystkim dużo czasu i otwartego serca.

Podróżnika spotkała potężna nawałnica, przetrwał ją jakoś, choć nie miał schronienia. Przemoczony i zmęczony walką z żywiołem spojrzał w niebo... niby już nie tak groźnie, ale dziwne chmury nadal kłębiły się nad nim złowrogo. Znalazł suche miejsce wśród pobliskich skał... usiadł i rozmyślał. Zdał sobie sprawę, że musiał zboczyć z wybranego traktu... nie było wyraźnej ścieżki więc musiał omylnie wkroczyć na inną. Ale jeżeli to jest ta właściwa...- rozmyślał nadal. Spojrzał na kciuk prawej dłoni... miał tam zawiązaną cieniutką, ale mocną czerwoną nitkę. Zdał sobie sprawę, że w miejscu gdzie znalazł i założył tę nitkę , wszedł na nowy szlak... a wtedy zaczęła się burza... Burza która zdawała się uniemożliwiać kroczenie dalej tą ścieżką, burza, która ustała gdy się zatrzymał i która powraca, gdy chce zrobić krok naprzód.
- Wracam – pomyślał. – Ta nić jest magiczną nicią „połączenia”, będę ją miał przy sobie, kiedy zechcę użyję jej by wrócić na tę ścieżkę, będę niejako miał z nią kontakt, ale na razie wracam na trakt, którym zmierzałem.
Ściągnął nić z palca zawiązał ją na małej gałązce i włożył do plecaka. Plecak zarzucił na siebie i ruszył w drogę powrotną... niebo nad nim się oczyszczało, chmury rozwiewały się i bladły ukazując zaróżowiony błękit. Obejrzał się. Za nim nad ścieżką, z której wracał kołtuniły się gęste czarne chmury odstraszając dostatecznie, by pozostać przy podjętej decyzji.
Wrócił na znany szlak i kroczył rzadkim brzozowym lasem w stronę różowego zachodzącego słońca , zmierzając ku dużej pustyni. Czuł, że na niej znajdzie coś ciekawego...


Może jestem infantylny i naiwnie
marzycielski... ale myślę, że nie mogę się związać z nikim do kogo będę czuł mniej niż do osoby, z którą byłem, wtedy zawsze tamta miłość będzie przysłaniać tę nową... a to przecież zupełnie nie o to chodzi. Postaram się znaleźć środek w tym wszystkim. Chyba tylko miłość taka sama, lub silniejsza mogłaby mnie skłonić, by się z kimś związać.

Nadal jednak mam dylemat: jak nie zranić osoby, która okazuje zainteresowanie...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-21 11:52:52
skomentuj (1)
Głupota nie istnieje ...???
Oj, ile się wydarzyło... mógłbym pisać i pisać...
O negatywnych sprawach ( jeśli takie w ogóle istnieją – w końcu wszystko jest ścieżką) pisać nie będę, bo po co... ani to nikomu humoru nie poprawi, ani nie pomoże... a sprawy te przeminą jak wszystkie zdarzenia, nawet ślad po nich nie zostanie.

Tak więc napiszę o czymś innym: myślałem tak sobie dzisiaj nad ocenianiem innych i klasyfikacją głupoty. Chodziło mi o to, że w zasadzie to głupota nie istnieje... każdy jest na swoim etapie rozwoju i jego postępowanie jest właściwe dla jego etapu. Dla Ciebie Drogi Czytelniku moje postrzeganie świata i pewnych spraw może się wydać kretynizmem i głupotą nad głupoty... ale to jest mój stopień świadomości... innego nie mam. Idę swoją ścieżką i uczę się, ale to jak widzę świat i co robię jest mi całkiem naturalne na etapie na jakim jestem. Więc zatem czy mamy prawo oceniać kogokolwiek...? Czy mamy prawo powiedzieć o kimś, że robi głupio...? Robi to co uważa za słuszne... sam poniesie konsekwencje swoich czynów i to będzie lekcja by nauczył się to czego musi.
Możemy oczywiście zwrócić uwagę: Słuchaj, postępujesz nierozsądnie, zastanów się nad tym co robisz. Ale chyba nie mamy prawa oceniać tego działania względem siebie...

Mógłbym na przykład potępiać pewien typ zachowań, bo ja już tak nie robię... ale słowo „ już” jest tu zasadnicze – bo wskazuje na moją małość, bo wywyższam się nad kogoś kto po prostu nie przeszedł lekcji, którą ja przerobiłem.

Chyba wyjściem jest pełne wyrozumiałości zaakceptowanie zachowań innych. Wystarczy popatrzeć na siebie... wiemy jak ciężki jest proces nauki... jak czasem trudno zrezygnować z dawnych sposobów postępowania... jak wiele kosztuje nas zmiana siebie.

Nie wiem... takie to między innymi rzeczy mi dzisiaj chodziły po głowie...



podroz-w-glab-siebie 2003-09-21 23:59:32
skomentuj (2)
Utonąć w ruchomych piaskach rozpaczy
Tak sobie rozmyślałem nad ziemską miłością... Impulsem do tego jest pewien blog... autorka tak pięknie pisze o miłości, że gdy czytam to, to zaczynam się poważnie zastanawiać czy się nie zagalopowałem i nie przegapiam czegoś pięknego spychając tę ziemską miłość na drugi ( lub któryś z kolei ) plan. Jest oczywiście przynajmniej 1000 i jeden rodzajów ziemskiej miłości, ale taka o jakiej czytam wydaje mi się cudowna, przesycona tą Boską Miłością, jakiej pragnę.

Paplam cały czas o pozytywnym myśleniu, o dostrzeganiu tylko piękna i dobra... a patrzę na ziemską miłość pod kątem negatywności i wad – to chyba podchodzi pod hipokryzję. Może znów odbiegłem od tak upragnionego złotego środka odwracając się plecami do miłości. To bardzo niepewny grunt tematyczny ...

Podróżnik szedł jakiś czas pustynią... Na swej drodze natrafił na małą kopulastą świątynię zbudowaną z jasno beżowego piaskowca... Wszedł do środka. Ściany pokryte były wyrytymi napisami... Zaczął czytać... Poematy opisywały zjawisko jakie chciał na razie trzymać od siebie z daleka... jakiego w pewnym sensie się bał, lecz czytał dalej. Urzekło go piękno tych opisów... wracał wciąż od nowa do tych samych wersetów żywiąc się ich głębią... pod wpływem lektury poczuł ukłucie... – tęsknota. Usiadł opierając się plecami o ścianę i rozmyślał... Wiedział, że w tej świątyni niczego nie wymyśli... to miejsce było pełne, on był tam intruzem... gdy to poczuł odszedł.
Stojąc przed świątynią postanowił zagłębić się w ten temat, rozważać wewnętrznie... Ruszył więc przed siebie kierując się w stronę ruchomych piasków „ To bardzo niepewny grunt tematyczny...” – pomyślał lecz, aby poznać krainę swego wnętrza trzeba przechodzić również i przez takie tereny... Ostrożnie postawił pierwszy krok... potem następny i jeszcze jeden, aż nagle upadł na kolana rażony wizją : widział jak idzie i nagle wpada w piach, jak tonie... jak go to zabija . Poczuł, że kierunek w którym zmierza go zabije... ta wizja to ostrzeżenie „ NIE WRACAJ DO TEGO WIĘCEJ” – usłyszał i poczuł, że to dobra rada... ruszył w inną stronę, widział teraz, że te ruchome piaski to nie temat ziemskiej miłości, ale spraw z przeszłości, które trzeba porzucić i nie wracać już do nich, bo się w nich utonie... trzeba iść przed siebie... poczuł się lekki. Szedł piaszczystym lecz bezpiecznym terenem... doceniając ostrzeżenie jakie dostał... Myślał lekko nad tym nieoczekiwanym zdarzeniem na ruchomych piaskach... Nad tym jak to było cenne doświadczenie...


Kolejna nauka się sprawdziła... rozpacz nie jest dobrym wyjściem - utoniemy wtedy we własnych łzach... W końcu trzeba porzucić rozpacz, przestać płakać, stanąć na nogi i ruszyć przed siebie... skończyć żyć przeszłością.

Nie chcę pisać co naprawdę wydarzyło się na piaskach, skasowałem całą notkę i skróciłem ją do tej wizji... Jest ona moim wymysłem bo tak naprawdę w wyniku pewnych rozmyślań rzeczywiście zacząłem tonąć, i jestem po prostu już na tyle silny wewnętrznie, że potrafiłem się wygrzebać i wrócić na pewny grunt... – skoro się z tym uporałem to uznałem, że rzeczywiście można to uznać za wizję-ostrzeżenie, ostrzeżenie by tam więcej nie wracać. Ale wybacz Czytelniku, o czym myślałem to pozostawię dla siebie, pozostawię to w tych piaskach i zgodnie z radą postaram się do tego więcej nie wracać. Rzeczywiście, niektóre sprawy trzeba w końcu pozostawić za sobą...

Nie ma to nic wspólnego z ziemską miłością w pojęciu ogólnym... to nie o nią chodzi jako o coś do czego nie powinienem wracać, wręcz przeciwnie doświadczenie na piaskach oczyściło mnie w pewien sposób, dodało jakby skrzydeł... Wrócę jeszcze do tematu ziemskiej miłości. Teraz widzę, że nie ona była ruchomymi piaskami, ale coś innego...

Ważne by słuchać wnętrza, nie lekceważyć głębokiego przeczucia... gdybym je dziś zlekceważył, utonąłbym na pewno...


podroz-w-glab-siebie 2003-09-22 23:35:59
skomentuj (2)
Porzucić siebie, by siebie odnaleźć.
A co jeśliby spróbować przybrać inną postawę niż zwykle... zamiast cały czas aktywnie działać i wszystko tak totalnie starać się kontrolować, przyjąć rolę obserwatora... obserwatora swoich odczuć wobec zastałych zdarzeń...

Obserwuję swoje wnętrze bardzo często... ale aktywnie przy tym myślę... a co gdyby spróbować odpowiednika medytacji śledzenia myśli w ciągu normalnego dnia... czyli śledzić swoje odczucia... pozostawić świat sobie... nie wikłać się w napotykane zdarzenia... nie działać... nie zaplątywać się wokół nich wstęgami nieskończonych myśli i ocen... po prostu biernie obserwować świat i równie biernie własne odczucia wobec niego...

Zdaję sobie sprawę, że to nie może trwać cały dzień...( przynajmniej nie normalny dzień powszedni ) ale chociaż 15 minut w ciągu dnia... choćby podczas jazdy w zatłoczonym autobusie, w kolejce do kiosku, czekając na światłach czy w innych sytuacjach kiedy i tak nic nie robimy, tylko zwykle nasz umysł wędruje tam gdzie go pociągnie smycz jego myśli...

A gdyby tak właśnie odrzucić myśli i przyglądać się im z daleka... To tak jakby jechać autostradą i nagle zatrzymać się... oddalić kawałek i przyjrzeć się jej i jej życiu z daleka... bez zaangażowania w to życie.

Nie chodzi mi oczywiście o to by stać się chodzącym manekinem obojętnym na świat, (myślmy rozsądnie), ale o to , by bardziej poznać siebie... by przyjrzeć się sobie jak obcej osobie, by z biernym zainteresowaniem (bez jakiejkolwiek oceny czy klasyfikacji) obserwować reakcje tej osoby, którą zwykle nazywamy ja .

Czy znamy tę osobę... co możemy o niej powiedzieć... a co ona sama może nam o sobie powiedzieć, czy może to jest klucz do poznania innych... Obserwując siebie zauważymy z pewnością wiele nowych spraw, potrzeb, cech z jakich nie zdawaliśmy sobie sprawy... i zorientujemy się że innych traktujemy tak samo jak siebie : przylepiamy im karteczki, zakładamy maski i sądzimy że ich znamy a ani razu nie przypatrzyliśmy się im uważnie...

W końcu my jako dusza też jesteśmy osobą... a nasze ego traktuje nas samych jak i innych...

Rozmyślając nad tym mam teraz fantastyczne doświadczenie : patrzę na twarz pewnej aktorki na okładce zeszytu i widzę ją jak siebie... jej oczy zdają się być moimi i mówić do mnie : Czy widzisz jak mnie zaniedbujesz każdego dnia... czemu nie okażesz mi choć trochę zainteresowania... spróbuj mnie poznać... – to tak jakby były słowa mojej duszy skierowane do mojej świadomości przykrytej na co dzień płaszczem ego.

Bierna obserwacja w celu poznania... w celu zdystansowania się... w celu wysiadki z karuzeli i przyjrzeniu się jej z daleka... W ciągu dnia jest tysiące sytuacji kiedy to można robić... znacznym ułatwieniem jest uświadomienie sobie, że tak naprawdę wszystkie osoby to jeden i ten sam Bóg – odpada wtedy obawa krępowania się i uczucie potrzeby zapewnienia sobie określonego wizerunku, o co zwykle tak bardzo zabiegamy.

Powiedzieć sobie ja to nie ja. Mnie nie ma. Nie jestem już tą osobą z którą zwykle się utożsamiam... jestem teraz biernym obserwatorem świata... kimś kto otwiera oczy na to co jest, kimś prawdziwie uważnym.

I myślę, że to wcale nie oznacza oddalenia się od świata... wręcz przeciwnie... będziemy więcej widzieć, będziemy uważni... To raczej oznacza oddalenie się od świata naszych nieustannie pędzących myśli, których nawet świadomie nie rejestrujemy, tylko podążamy jak w transie... zamyśleni... podążamy wszędzie tam gdzie rozkapryszony umysł gna nasz rydwan myśli...

Ta obserwacja ma być wysiadką, z tego diabelskiego koła i przyjrzeniu się mu i wszystkiemu na około z ciekawością i prawdziwym zainteresowaniem... a kluczem do tego jest chyba właśnie znowu brak przywiązania... a raczej porzucenie przywiązania, tym razem do siebie, do swojego wizerunku, swojej postawy...

...porzucić siebie, by siebie odnaleźć... przestać być sobą, by zacząć być sobą... oddalić się, by się przybliżyć...

Czuję radość chwili... jakby to był klucz do drzwi będących mi barierą do cieszenia się chwilą... Doświadczać tej chwili... bo jest już wszystko, i mogę sobie pozwolić na kolejny eksperyment umożliwiający mi poznanie siebie...



podroz-w-glab-siebie 2003-09-23 21:35:30
skomentuj (2)
Psia tęsknota...

Nie ma jej 4 godziny... osoby, którą kocha mój pies... wystarczy, że nie ma jej 5 minut a on już szaleje z tęsknoty... Minęły 4 godziny a on wyje choć nie jest sam... szuka jej... przesiaduje przed oknem i wpatruje się pusto w świat na dole... w każdym jego oddechu słychać stęknięcie cierpienia... na spacerze wpatruje się w każdą osobę szukając jej twarzy... węszy... nasłuchuje... tęskni. Niewiele mogę zrobić, by mu ulżyć... zabawa, pieszczoty, przemawianie... to tylko chwilowe odwrócenie jego uwagi... po chwili jego tęsknota atakuje go znowu...

Nie da się mu wytłumaczyć, że ona wróci jutro wieczorem... dla niego to nieistotne... Nawet gdyby udało mi się mu uzmysłowić pojęcie czasu to to chyba niewiele miałoby dla niego znaczenia, bo nie ma jej teraz.

Jak to odnieść do człowieka... do ludzkiej tęsknoty... ludzkiego przywiązania... Właściwie to nie chcę o tym myśleć... bo czuję, że odpowiedź jest wielowymiarowa... nieosiągalna...zmienna i zależna od punktu widzenia.

Siedzę teraz na miejscu gdzie zwykle siedzi ta osoba... a pies śpi u moich stóp... czy to jest mu ulgą? To, że jest ktoś gdzie ona zwykle siedzi... Czy tak też jest z nowym związkiem ludzkim... Po pierwszym została rana i ból, a każdy następny związek jest postawieniem zastępcy w miejsce tego za kim się naprawdę tęskni... myślę, że niestety dość często tak jest... ale nie chcę uogólniać, zwłaszcza, że w ziemskiej miłości staram się teraz dostrzec to co piękne i pozytywne...

Czy to pies ma ludzkie uczucia, czy człowiek zwierzęce przywiązanie...? Czy nie ma w tym w ogóle żadnej różnicy... ?
podroz-w-glab-siebie 2003-09-24 23:23:23
skomentuj (2)
Umysł nieskrępowany tęsknotą
Za parę godzin powinna wrócić „ukochana” mojego psa, skończą się lamenty, wycia, postękiwania... cała jego udręka... Skończą się, ale tylko do następnego jej wyjazdu... wtedy znów będzie cierpiał i nikt w żaden sposób trwale tego cierpienia nie może ukoić...

Człowiek... niby troszkę wyżej ewolucyjnie od psa ... a jednak... – jakoś mi pachnie wielkie podobieństwo...
Czy to przywiązanie jest dobre czy złe...? To na pewno bardzo miłe gdy ktoś za nami tęskni i raduje się na nasz widok... ale to jest miłe dla nas. Co musi przeżywać ta druga osoba... jak cierpi w tęsknocie... jak płacze... Gdy do niej wrócimy jest szczęśliwa, gdy musimy odejść... znów jej okręt tonie, syreną wołając do nas o ratunek...

Zniewolenie...? Tak , niewątpliwie to jest zniewolenie... ale nie czuję się kompetentny w ocenianiu czy to dobre czy też złe. ( ale jak sądzę każde zniewolenie jest złe... przeczy to odwiecznemu pragnieniu ludzi – wolności )

Jeśli ktoś chce przestać cierpieć z tęsknoty musi coś w sobie zmienić... On zakuł się w to cierpienie i tylko on może się rozkuć... nikt inny nie może pomóc, bo ten co się zakuł sam jest kluczem.

Pies raczej tego nie zrozumie... teraz akurat zasnął... sen jest wybawcą z jego cierpienia. Tak sobie przypominam ile to razy sam uciekałem w sen przed cierpieniem, inni uciekają w alkohol, narkotyki, przygodny seks itp. Ale w końcu trzeba będzie się obudzić, z każdego snu, i cierpienie wraca, stosownie podbudowane wyrzutami sumienia w zależności od rangi głupoty „ środka przeciwbólowego” .

Pytanie jak znaleźć środek, by się nie przywiązywać a kochać... Kiedyś myślałem, że miłość bez przywiązania nie może istnieć... a teraz wiem, że może i istnieje... Jest dużo głębsza niż ta oparta na przywiązaniu, jest spokojna... jej filary cicho mruczą w nieustającej rozkoszy... jest pełna – tylko kilka razy udało mi się odczuć to tak dokładnie... zwykle mój utrapiciel – umysł mąci wszystko.



Chyba gnali na złamanie karku, albo bóg pustych szos im sprzyjał ;-) tak czy siak właśnie wrócili...

Pies... – kłębek podskakującego i wirującego szczęścia... Jego oczy wpatrzone tylko w jej twarz... zaborczo włazi na nią... chcąc mieć tylko dla siebie... chcąc z całych sił zatrzymać przy sobie... zabezpieczyć by znów nie odeszła – oddanie i miłość...? hmmm... Stałem i patrzyłem na to jak w jednej chwili stukotu przekręcanego zamka w drzwiach jego smutek wyparował zamieniając się euforię szaleńczej radości... Patrzyłem jak chciał okazać jej radość i miłość...

To na pewno bardzo piękne... ale myślę, że to po prostu piękna pułapka... bo jakby nie patrzeć to całe jego wcześniejsze cierpienie nie miało sensu... cała męka była daremna... niczemu nie służyła... No ale to psia natura... ale czy człowiek nie powinien zaufać Bogu i cierpliwie w spokoju czekać na moment „ otwieranego zamka u drzwi” ? To z pewnością wielka sztuka... ale chyba warto się jej podjąć w celu zdjęciu tych dziwacznych kajdan... przynajmniej tak uważam.

W sumie to też tęsknię... za wyjątkowym człowiekiem, za partnerką z marzeń i snów... ale nie wyję ;-) nie miotam się po barach, klubach, ulicach , parkach , czatach itp. w celu znalezienia jej... ufam właśnie Bogu, że jeśli zdecyduje się połączyć mnie z kimś takim to to się stanie... staram się żyć z tym co mam teraz i cierpliwie w głębokim spokoju czekam na spotkanie tego kogoś...

A co jeśli się nie doczekam „ otwieranego zamka” ? Nic! Oszczędzę sobie po prostu godzin, miesięcy, lat cierpienia... Co ma przyjść i tak nadejdzie... po co tak cierpieć?

Ważne, że pies jest już szczęśliwy, - jakby nie patrzeć chwilowo, ale on nie ma wyboru...

A my...?

podroz-w-glab-siebie 2003-09-25 22:17:15
skomentuj (4)
Przyjaźń z Bogiem
Rozumiem, że można się bać i nie móc spróbować czegoś... właściwie to nie strach a jakaś blokada wewnątrz mnie. Ale dziś nawierciłem parę otworów w tym murze i zerknąłem co jest po drugiej stronie. Dotychczas w zasadzie podskakiwałem za tym murem i mogłem patrzeć za niego tylko chwilkę, ułamek sekundy podskoku. A teraz mogę patrzeć dowoli. Co prawda bardzo to zawężony obraz, ale daje możliwość przyjrzeniu się złożoności i pięknu tego co za murem.

Ten mur... w zasadzie może symbolizować wszystko co jest przeszkodą w drodze ku sobie. Takich murów są setki, ale można go sprowadzić do tego jednego.

Gdybym nie spróbował nigdy bym się nie przekonał... po prostu trzeba porzucić wątpliwości i iść za głosem serca... Nawiązać bliski kontakt z Bogiem, i to nie w jakiś ceremonialny sposób, w jakimś świętym miejscu. Po prostu usiąść sobie i pogadać jak z przyjacielem. Możemy nie słyszeć odpowiedzi od razu, albo nie ufać temu co słyszymy, ale zawsze możemy do Niego mówić. Poprosić o prowadzenie, poprosić o lepszy z Nim kontakt... Spytać się Go jakby coś zrobił – zadziwiające jest to że wtedy pojawiają się nagle genialne rozwiązania. Jeśli wątpimy w Jego istnienie to poprosić o dowód. Po prostu: Boże jeśli jesteś gdzieś tam, czy też tutaj to daj mi na to jakiś dowód. – i zostawić to, dowód z pewnością się pojawi.

Dziś właśnie postanowiłem spróbować przełamać lęk “ obawy robienia rzeczy niewłaściwych”. Bo tak właśnie miałem, - stała kontrola, a że jestem człowiekiem to siłą rzeczy łamałem te swoje nakazy i zakazy i rozmyślałem potem nad poczuciem winy, punktem zapomnienia itd. A to chyba nie do końca tak ma być.

Więc postanowiłem ofiarować Bogu swój dzień, swój każdy krok, cały czas myśleć o Nim i pytać Go o zdanie. I to było niesamowite... udawało mi się idąc za tymi odczuciami utrzymać w miarę złoty środek w tym wszystkim – trzeba tylko słuchać tego wewnętrznego głosu – spytać Boga i zacząć robić słuchając odczuć: czy dobre to co chcemy zrobić czy raczej nam zaszkodzi.

Potem powiedziałem Mu “ Choć pojedziemy na wycieczkę rowerową, ale ja nie wyznaczam celu, umówmy się, że pojedziemy tam gdzie Ty chcesz” i pojechałem kierując się odczuciem w jakim kierunku. Jakimiś dziwnymi drogami ( bo skręcałem co chwila jak czułem) przez wiejskie zabudowania trafiłem nad rzekę. Tak przepięknego i wspaniale ukrytego przed światem miejsca nie mógłbym sobie nawet wymarzyć ( było tam nawet plastikowe krzesełko :-) ) Medytowałem chwilę, potem zaprosiłem Boga byśmy coś narysowali, wyjąłem szkicownik i poprosiłem by wybrał obiekt, potem mówiłem by to On kierował moją ręką ( rysunek wyszedł świetnie :-) )

Wracałem do domu inną drogą, oczywiście wybraną przez Niego. Zastałem po drodze nieopodal rzeki płonące łąki i jedno drzewo. Zadzwoniłem na 998 ale gdy powiedziałem o co chodzi usłyszałem “ No dobrze... przyjęliśmy zgłoszenie” - głosem tak znudzonym jakby to słyszał już dziś ze 100 razy. Więc sobie pomyślałem, że raczej nie przyjadą ( byłem tam 2.5 godziny – nie przyjechali...) i wziąłem się sam za gaszenie, zaprosiłem Boga do zabawy w strażaka i o dziwo zaraz znalazłem jakieś stare porwane worki popowodziowe – do gaszenia były świetne :-) co do drzewa to też Bóg mi bardzo pomagał... I tu sprawdza się teoria, że wszystko ma swój cel... gdyby ktoś przed laty nie zostawił tam tych worków nie miałbym czym gasić... gdyby ktoś nie wyrzucił dużej plastikowej butli w krzakach tez nie miałbym czym czerpać wody... po prostu wszystko jest jak ma być! Pytałem Boga gdzie mogę znaleźć coś do gaszenia i zaraz to znajdywałem. Cały czas starałem się myśleć o Nim i słuchać Jego głosu.

I to jest śmiesznie proste... On zawsze przy nas jest i tylko czeka kiedy się do Niego zwrócimy... Trzeba właśnie spróbować... przełamać wątpliwości, lęki i po prostu spróbować... poprosić o dowód, wskazówkę, itp.

Postaram się teraz radośniej podchodzić do życia, pytać więcej Boga, więcej z Nim rozmawiać, słuchać co ma do powiedzenia.


----------------------------------------


Tak z innej beczki to wstałem dziś rano i patrzę, że pies leży jakiś taki smutny. Pochylam się nad nim i pytam: “Co jest? Przecież przyjechała twoja pani... za czym ty znowu tęsknisz?” Podniósł łeb i popatrzył na mnie, a z jego oczu wyczytałem mniej więcej taką myśl : “Wiesz, chyba coś jest nie tak bo teraz tęsknię za uczuciem tęsknoty “ :-) – bez komentarza... ciekawe jak to się ma do ludzi...






podroz-w-glab-siebie 2003-09-26 23:27:03
skomentuj (4)
Dzień jak każdy...
Tak sobie odpoczywam po dniu wędrówki "Śląskim Olimpem" Jesień jest piękna, okrywa powoli świat swą suknią kolorowych liści niosąc ochronę i ukojenie marznącej ziemi. Niewiele można by zrobić dla nich - duchów natury, jedyne co to chyba nie wtrącać się i pozwolić im żyć tak jak to czynią od milionów lat.

A co dzisiaj...? Chciałem tam zostać na długo... zaszyć się w tej ciszy i oddychać razem z Ziemią, chłonąć jej matczyny uścisk. Pozwoliłbym sobie na to... i co mnie cieszy trochę pozwoliłem... powoli puszczam tę gonitwę, o której już pisałem. Jak na przykład w muzeum - myślę, że ta pani, która ma za zadanie pilnować zwiedzających zaczęła się niecierpliwić, ale postanowiłem nie spieszyć się " W sumie to Pani praca " pomyślałem i stałem bardzo długo przy ludzkim szkielecie i patrzyłem na niego. Na zakamarki, na wgłębienia. Delikatność czaszki- podziwiałem to wszystko, bez żadnego pośpiechu, że już muszę iść- NIE! po prostu byłem tam tyle ile czułem, że potrzebuję i było wspaniale.

Odważyłem się na złożenie niespodziewanej wizyty ( właściwie zawsze uprzedzam, z resztą rzadko odwiedzam) było bardzo miło, ciepło.

Z pełnią miłości i zrozumienia skierowałem się do człowieka, który nie był do mnie specjalnie przychylnie nastawiony, najprawdopodobniej chciał oporu, walki... ale trafił na złego człowieka ;-) Gdy zwróciłem się do niego z prawie czułym spokojem, aby wyjaśnił mi powody swej wrogości do mnie on odwrócił się i odszedł. Wołałem za nim chwilę, by porozmawiał ze mną, lecz ani razu się nie odwrócił... - Czy to właśnie jest potęga miłości i spokoju wewnętrznego? Czy to leczy zranione dusze?

Dzień jak każdy... zdarzenia, tęsknoty, marzenia, tony przemyśleń, podjęte decyzje, i ich skutki... ale wszystko jakby pełniejsze... zdrowsze...

Przekazuję Wam wyrazy mojej miłości Kochani!

Bądźcie zdrowi .
podroz-w-glab-siebie 2003-09-29 00:19:08
skomentuj (3)